sobota, 4 lutego 2017

019. Future stars now.


   Dean wszedł niepewnym krokiem do swojego busa. Nie wiedzieć czemu, chciał go zobaczyć. TERAZ. Tak, właśnie teraz, w środku niedzielnego PPV poczuł taką potrzebę.
   Już od dnia draftu, poczuł, że to on będzie pupilkiem dyrekcji na SD, tworząc tym ciekawą przeciwwagę do pupilka The Authority- Setha. I kiedy Shane przyszedł do niego, by poinformować, że w końcu zostanie potraktowany z szacunkiem i będzie mieszkać sam, nie było to dla niego żadną niespodzianką. O dziwo jednak, nie ucieszył się zbytnio. Nie powiedział oczywiście o tym nikomu, ale nie chciał mieszkać sam.
   W ogóle, Dean gołym okiem widział, że Roman ich rozdzielenia nie przeżywał tak mocno, jak on. Miał teraz Eveline, która szybko wskoczyła na miejsce Ambrose'a. Dean nie byłby w stanie ukryć niechęci do niej, więc cieszył się, że już jutro rano ich drogi się rozejdą. Roman nie czułby się dobrze, gdyby rudy był nieprzyjemny dla jego kobiety, ale Dean nie był w stanie z tym nic zrobić. Był tym dziwnym rodzajem introwertyka, który chował w sobie te pozytywne uczucia, ale te negatywne wypuszczał na świat. Czuł, że Eveline jest jak ten stalowy pręt, jaki wbija się pomiędzy dwa koła zębate, by je zatrzymać. Rozdzielała jego i Romana i za to jej nie znosił. Choć bądź, co bądź, draft i tak by ich rozdzielił, ale fakt, że Roman biegał jak piesek za jakąś blond gówniarą doprowadzał Deana do szału. Znał ją jakieś sześć tygodni! A Deana ponad dziesięć lat, do cholery jasnej! A mimo to, wystarczyła, żeby jakaś długonoga pannica zakręciła kościstym tyłkiem, żeby ten pierdolony, samoański samiec alfa zapomniał o bożym świecie. Dean czasem myślał, o tym, czy jakby wszczepił sobie implanty pośladków, to czy Roman zwracałby na niego więcej uwagi? No, pewnie tak, no przecież nie na co dzień się zdarza, żeby twój przyjaciel przechodził transformację w Nicki Minaj.
     Zapalił żarówkę i przyjrzał się uważnie wystrojowi wnętrz. To było coś zupełnie innego niż w ich starym busie. Tu widać, że Vince naprawdę jednak trochę za to zapłacił. Co było w sumienowością, bo na niczym stary McMahon tyle nie oszczędzał, co na własnych pracownikach. Trzeba było być naprawdę wielką szychą, na miarę Johna Ceny, czy Chrisa Jericho, by bez konsekwencji dopraszać się u Vince'a o jakieś profity.
   A jednak, jego bus wyglądał bardzo estetycznie. Ściany były w kolorze grafitu, a światło dawały podłużne, wiszące na suficie jarzeniówki. Sprawiało to przytulne, ciepłe wrażenie. Kanapy były po obu stronach, naprzeciwko siebie. Były ciemne, ale poduszki w kontraście prezentowały jasne kolory. Kuchnia była raczej skromna, Deanowi nie przeszkadzało to jednak. I tak nie potrafił ugotować nic poza herbatą. Zajrzał do łazienki, ciekaw reszty tego lokum. Była trochę większa, niż poprzednia,w której nie dało się nawet obrócić, by czegoś nie wywalić, ale wciąż dość mała, bo w warunkach busowych na wiele nie można było sobie pozwolić. Za to jego sypialnia wynagradzała mu wszystko. Jedną ze ścian, dokładnie tą naprzeciwko łóżka pokrywała ogromna, cieniutka plazma. Samo łóżko zajmowało większą część pokoju, jednak puszystość materaca, aż kusiła, żeby się na nim położyć. Oświetlenie było tu jeszcze skromniejsze, niż w salonie, ale to dobrze, bo Dean uwielbiał ciemne pomieszczenia. W ramie znajdowały się szuflady, które chyba miały posłużyć za szafki. Nie zadziałałoby to w przypadku żadnej kobiety, ale on posiadał tylko skromną kolekcję koszulek i dżinsów.
   Cało to mieszkanie było niemal jak wyciągnięte z jego umysłu, ale mimo to, Dean skrzywił się na jego widok. Chciałby zamienić to na stary pokój, który dzielił z Romkiem, prawdopodobnie chorym już na raka płuc Punkiem i tą łajzą, Sethem. Przynajmniej nigdy nie czuł się tam samotny. A Dean nienawidził jej. Była prawdopodobnie jedyną rzeczą, jakiej Dean się bał.

  Wdychał zapach świeżej trawy o poranku, marząc by ta chwila mogła trwać wiecznie. 
  To była irracjonalna chęć, bowiem cała ta sytuacja mogła sprowadzić na nich ogromne kłopoty, a tego nikt by nie chciał. Znaczy, nie tyle co nie chciał. Jonathanowi i tak było to obojętne. Jego kartoteka była gruba na pięć centymetrów. Ale nie chciał robić kłopotu Lully. Gdyby ktokolwiek dowiedział się, że Adams się z nim zadaje, to jej ojciec chyba spaliłby się ze wstydu. Byli zupełnie innymi kategoriami ludzi. Jonathan był ludzkim śmieciem, Lully- dziewczyną z wyższych sfer. 
   Good nie był jednak osobą, która robiłaby sobie fałszywą nadzieję. Doskonale wiedział, co to za układ. Lully chciała poznać najciemniejsze strefy ludzkiego umysłu, dlatego ciągle przy nim była. Chciała zobaczyć, jak działa człowiek bez sumienia, przyszłości, uczuć. Na początku Good zgodził się na ten eksperyment tylko przez grube banknoty, jakimi ruda mu za to płaciła. Z czasem jednak musiał przyznać, że zaczął się przyzwyczajać do tego małego goblina.
  Z początku bardzo go denerwowała. Wpakowywała go w jeszcze większe kłopoty swoją naiwnością i dobrotliwością, z czasem jednak udało mu się opanować sytuacje. Wbił rudej do głowy, że tutaj pojęcie dobra nie istnieje. Bolało go to, jak nie raz Lully wpatrywała się w niego jak w potwora, ale miał nadzieję, że kiedyś zrozumie zasady gry. Choć z czasem zaczął wątpić, że kiedykolwiek do tego dojdzie. Była zbyt niewinną osóbką. 
   - Wcale nie musi tak być, Jona - mówiła, ciągle trzymając go za rękę.
   Leżeli na łące na skraju Cincinnatti. Mało kto wiedział o tym pięknym miejscu, ale nie było chyba osoby, która znałaby tak dobrze obrzeża miasta, jak Jonathan. Co gorsza, był czas szkolnych lekcji i o ile jego kolejnymi wagarami nikt się nie przejmie, o tyle z Lully mogło być gorzej. 
   Lully nie rozumiała, jak wiele ten gest, ten prosty gest, jakim było położenie jej dłoni na jego, wiele dla niego znaczył. Miał wrażenie, że jego zamarznięte serce odmarzało wtedy magicznie. Ona jednak o tym nie wiedziała. Była swoistym rozrusznikiem uczuć w dawno skamieniałej duszy Jonathana. Nigdy jednak nie miała się o tym dowiedzieć. Takie wyznanie mogłoby zniszczyć jej życie. 
   - Powinno ci wystarczyć, że ograniczyłem działania w Siekierach. Więcej nie zrobię. Muszę tam być, inaczej mnie zajebią - odparł jej Jonathan, nieco zirytowany ciągłą presją ze strony dziewczyny. Nie powinna się wypowiadać na tematy, jakich nie rozumie.
   Ruda miała usilną potrzebę zrobienia z niego dobrego człowieka, a Dean nie miał serca mówić jej, że to niemożliwe. Nie tutaj.
   - Przestań, prosiłam, żebyś przy mnie nie przeklinał - rzuciła, a chłopak wywinął teatralnie oczami. - Nie wierzę, że to jedyne wyjście. Wymuszenia, pobicia, groźby, to nie wyjście.
   - Nie wiesz, jak tu jest, Lully. 
   Przez chwilę trwali w niezręcznej ciszy. Chłopak miał dziwne wrażenie, Lully jest dziś jakaś spięta. Nigdy taka nie była. Cechowała się wręcz niewiarygodną luźnością. Nie miała nawet nic przeciwko przyprowadzeniu go do domu. Co prawda jej rodziców wtedy nie było, ale co, jakby przyszli? Jonathana na pewno wykopali by ze szkoły, szczególnie, że jej ojciec jest dyrektorem. A dziś, jakby na siłę odciągała rozmowę od czegoś... ważniejszego.
   - Dość tego, Lu. Masz mi może coś do powiedzenia? - zapytał, wstając do pozycji siedzącej. Nie był w stanie znieść tego zachowania ani chwili dłużej.
   Lully zmierzyła go tak smutnym wzrokiem, że Jonathana aż coś ścisnęło w żołądku.
   - Dostałam się na psychologię. Na Yalle - odparła bez zbędnych ozdobników.
   Serce chłopaka stanęło na sekundę. Nie znał dobrze geografii, ale nie trzeba było być geniuszem, żeby wiedzieć, gdzie jest Yalle. Dlaczego to znów się stało? Czemu znów dał się wykorzystać? Przywiązał się do osoby, do której nigdy nie powinien był się przywiązać. Przecież wiedział, że to się tak skończy.
   - To przecież na drugim końcu Ameryki... - jęknął załamany całą tą sytuacją.
   - Tak...
   - A więc to tak miało być od początku tak? - Jonathan zerwał się na równie nogi, biorąc w dłonie swój wytarty plecak. - Tym dla ciebie byłem? Królikiem doświadczalnym, dzięki któremu dostałaś się na studia?  A teraz nie jestem już potrzebny, więc można mnie zostawić w tej dziurze, tak?! Żebym tu zgnił!
   Wszystko kotłowało się w środku Jonathana. Ona wyjdzie. On zostanie. Spodziewał się tego, był pewien, że tak się stanie, a mimo to, to tak okropnie bolało. Zostanie tu sam. Ostatnia istota uwalniająca jego umierające gdzieś w głębi. Bez niej znów będzie kierował się samymi najprostszymi instynktami. Bał się. Cholernie się bał, że zostanie zwykłym łownym zwierzęciem. Ona jedna sprawiała, że nim jeszcze nie był.
   - To nie tak...
   - A jak?! Zostawisz mnie tu, jak zabawkę, która ci się znudziła. Najpierw sprawiłaś, że zacząłem się otwierać, że dla ciebie ryzykowałem moją pozycją, a teraz znów zostanę sam? A nie, przepraszam, mam przecież moją zachlaną, topiącą się we własnych rzygach mamusię! Żyć, kurwa, nie umierać. I nie, nie przestanę przeklinać, ty pieprzona egoistko. KURWA JEGO MAĆ NIE PRZESTANĘ. 
   Po policzku Lully spłynęła łza. Jego to jednak nie obchodziło. Naciągnął na ramię plecak i ruszył przed siebie w stronę budy. 
   Gdyby tylko wiedział, że widzi ją po raz ostatni, wszystko potoczyłoby się inaczej...

   Żałosne. Jego wspominki były naprawdę żałosne. Tak bardzo nie chciał ich pamiętać, ale jakby jego podświadomość kiedykolwiek go słuchała, to byłby szczęśliwym człowiekiem. A tak był tylko Deanem Ambrosem, rudym mizoginem.
   Nie spieszyło mu się, bo do jego walki zostało mu jeszcze jakieś pół godziny. A jak zwykle wolał umrzeć, niż dać się zaciągnąć wizażystce do charakteryzatorni. Takiego chuja, była facetem, a nie Mizem.
  To był już ten moment gali, kiedy większość ludzi ze znudzeniem i wyraźną sennością wpatrywała się w ekrany, siedziała w bufecie, czy robiła pierdyliard innych, zgoła innych od skupiania się na gali rzeczy. Dean rozejrzał się dookoła. Niektórzy z tych, którzy już walczyli wrócili nawet do busów się wyspać. I Dean by tak zrobił, ale mecz na niego czekał. Jakoś cała determinacja zeszła mu w ciągu tych ostatnich kilku dni. Za dużo innych spraw wysunęło się na pierwszy plan, by mógł więcej o tym myśleć.
   Zauważył jednak sporą grupkę osób siedzącą na ogromnym wzmacniaczu dźwięku. Becky siedziała w samym środku, żywo gestykulując i zabijając wszystkich swoim rozzłoszczonym spojrzeniem. Roman siedział tuż obok, ze spuszczoną głową obejmując ramieniem starającą się uspokoić Lynch Eveline, a resztę miejsca zajmowali wyraźnie przejęty całym monologiem Becky Big E oraz czyszczący nawilżonymi chusteczkami swój puzon Xavier. Krzyki Lynch były tak głośne, że Dean nie mógł nie podejść bliżej.
   - No nie wierzę! Jak to się mogło w ogóle stać?! Jak się pytam: JAK?! - wrzeszczała wciąż Becky. - Dałam z siebie dwieście procent moich możliwości i wszystko na nic?! Jak ja teraz wyglądam w oczach tych wszystkich szych? Cholera jasna, tak to jest, jak się człowiek stara.
   Dean widząc wściekłe spojrzenie Lynch wymierzone prosto w niego, postanowił nawet nie podchodzić dalej.
    Po dwudziestu minutach czekał już na swoje wejście na rampę. Podskakiwał z nogi na nogę, chcąc jakoś rozładować wewnętrzne napięcie. Parę metrów od niego stał Seth, dumnie trzymając pas na swoim ramieniu, pyszniąc się jak paw. Deanowi nawet nie chciało się specjalnie spoglądać w jego kierunku.
   Do czasu, kiedy obok niego nie pojawiła się Tara. Brew Ambrose'a podjechała do góry. Co tu się wyprawiało? Momentalnie odwrócił się w ich stronę, wyostrzając wzrok. Co Tara mogła robić przy Sethie? Przecież nie znosiła go równie mocno, co Deana. A jednak, nawet się z nim nie kłóciła. Na dupę Romana, ona się do niego nawet uśmiechnęło. Ambrose nie musiał specjalnie się wysilać, żeby usłyszeć słowa, jakie do siebie kierowali.
    - Powodzenia - rzuciła Tara. - Mam nadzieję, że pokonasz tego oszołoma.
   - Serio nie chcesz mieć pasa mistrzowskiego w swoim brandzie? - zdziwił się Seth, spoglądając z czułością na kawałek żelastwa na jego ramieniu. Wyszczerzył się do brunetki, a Dean miał ochotę wybić mu te wybielane ząbki.
    - Chcę tego, co jest dobre dla pasa i co nada mu prestiżu - odparła dziewczyna, wbijając spojrzenie w Ambrose'a. Prowokowała go. Dean dopiero teraz się zorientował. - Pomyśl ile ten pasek byłby wart z kimś takim jak Ambrose, jako mistrz.
   - W sumie racja. - Tara delikatnie połechtała męską dumę Setha, co sprawiło, że Rollins poczuł się jak w niebie. - A teraz wybacz, ale muszę już iść. - Skierował wzrok na Deana. - Widzimy się w ringu, Ambrose.
   Ambrose zmierzył Tarę sceptycznym spojrzeniem, po czym podszedł do dziewczyny jak gdyby nigdy nic. Przez chwilę Tara udawała, że w ogóle nie widzi Deana, jednak nie na wiele ta technika się zdała.
    - No i po co ci to wszystko? - spytał ironicznie, opierając się o jedną ze skrzyń. By spojrzeć dziewczynie w oczy, musiał skierować głowę w dół.
   - A nie mogę? Ty próbujesz mnie wyprowadzić z równowagi na każdym kroku, to ja też mogę - odparowała dziewczyna, a Dean uśmiechnął się szelmowsko.
   - A w czym to ja cię próbowałem wyprowadzić z równowagi, co? - Spytał, krzyżując ręce na piersiach.
   Odkąd tylko ta rozmowa się rozpoczęła, chęć walki znów przejęła nad Ambrosem kontrolę. Nagle, z dziwnej obojętności przeszedł w niemożebną chęć rozkwaszenia Rollinsowi twarzy. Wszystko zaczęło mu przeszkadzać. Jego luzackie podejście, pas na jego ramieniu, krzywy nos, który chciałby rozkwasić jeszcze bardziej. Chciał pokazać tym wszystkim niedowiarkom, że mięśnie to nie wszystko i pokona Rollinsa pomimo jego pieprzonego crossfitu.
   Nagle też w jego podejściu do Tary coś się zmieniło. Przestał widzieć w niej głupią, nieodpowiedzialną dziewczynę, a zaczął widzieć prawdziwą kobietę. Ona grała z nim, kokietowała go, a dziewczynki nie potrafią takich rzeczy. Dean zaczął żałować, że tamtej nocy nie był bardziej stanowczy. Że nie poskromił tygrysicy. Ale zrobi to.
   Dziewczyna nie powiedziała nic. Odwróciła się na pięcie, dynamicznie zarzucając włosami i zniknęła w backstage'owym labiryncie.
   Przez następne parę minut Dean był tak skupiony na swoim celu ostatecznym- Sethie, że nawet nie zauważył, jak szybko rozpoczął się mecz.
   Błądził wzrokiem po bezkresnej arenie. Nie wiedział do końca, jak to zrobi, ale wiedział, że to zrobi. Pokona Setha. Nie trzeba było być wielkim psychologiem, by widzieć bezkresną głębię wściekłości w jego niebieskich oczach. Był jak dzikie zwierze. Nie myślał, kierował się pierwotnymi instynktami. Włączył w sobie tę część, która kierowała nim jeszcze w CZW. To był czas, kiedy wrestling był jego największym narkotykiem. Kiedy był prawdziwie niebezpieczny. Pamiętał do teraz jarzeniówki rozbijające się na jego plecach, połamane krzesła, a nawet to, kiedy prawie stracił sutek przy jednej z walk.
   Miał zamiar ukarać Setha Rollinsa, za wszystkie rzeczy, jakie ten mu teraz zabrał. Pas, fani, a teraz ona... hola, hola, kolego, ona nigdy nie była twoja. I nie będzie.
   Minuty trwały tyle, co sekundy, wszystko zlewało się w jakiś dziwny ciąg zdarzeń, gestów, przerywanych oddechów. Dean widział pięść Setha zmierzającą w kierunku jego twarzy i po chwili leżał już na macie. Ciężar Setha go przygniatał, twarz pulsowała bólem. Ale nie, udało mu się go z siebie zrzucić. szamotanina, wszędzie dookoła Seth. Dean nie mógł dojść z tym do ładu. Jedno uderzenie, drugie, nawet nie patrzył już, kto uderza w kogo.
   Powerbomb, skok z lin, głośny śmiech JBL'a. Wszystko mieszało się dziwnie, sprawiając, że Ambrose'owi robiło się niedobrze. Miał kontrolę nad Sethem, on rządził tym meczem. Budziły się w nim stare instynkty. Czuł to. Tak zawsze się działo, gdy walczył w mniejszych federacjach. Przestawał panować nad sobą, a zaczynał panować nad meczem. To było to. W jego umyśle nie było teraz już nic, a ból nie dochodził już do niego z taką mocą jak wcześniej. Dawało mu to niemałą przewagę nad o wiele czulszym Sethem.
   Potem to Seth obudził się nagle i zaczął oddawać ciosy Ambrose'owi. Sam widać nie do końca wiedział, co się dzieje. Ta walka nawet jak na Ambrose'a, była zbyt chaotyczna. Próbował zainkasować Deanowi Pedigree, ale nic z tego, Dean przerzucił go ponad swoimi plecami, a chłopak upadł boleśnie na matę.
   I nagle doszło do kulminacyjnego momentu. Dirty deeds. Seth padł jak długi na ziemię, a Dean przykrył go. Raz, dwa... w tym momencie coś dziwnego się wydarzyło. Oczy Setha otworzyły się szeroko, a Dean widział w nich... świadomość. Seth wiedział, co się dzieje. Nie został ogłuszony. Był w stanie spokojnie unieść łopatki z maty. A jednak... TRZY!
   Dean Ambrose został dwukrotnym mistrzem WWE.

9 komentarzy:

  1. Co tu się dzieje!? To wszystko było zaplanowane? Seth w co Ty się wmieszałeś?
    Au! Aż bolało słuchanie o Eveline. Dean na prawdę mocno to odczuł. Samotność sprawia, że człowiek robi różne rzeczy.
    Poskromić Tarę? Za kogo Ty się masz? Dasz radę tylko jeśli ona Ci na to pozwoli.
    Czyżby Becky przegrała z Natalyą? Szkoda.
    Masakra, nie mogę się doczekać następnych rozdziałów. U Ciebie dopiero draft, a tutaj już RR. Nie mam pojęcia jak to się potoczy, ale jestem baardzo ciekawa. Trzymaj się

    OdpowiedzUsuń
  2. Here od your winner and a new WWE World Heavyweight Champion - DEEEEEAN AMBROOOOSSSEE!!!
    NO No no, ale się porobiło. Ta Tara to na pomysły. Dowiadujemy się więcej o przeszłości Jonathana,
    Czyżby Dean był zazdrosny o Apocalypse? Hmmm....
    Czekam na next.
    Karolina:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy mamy długo czekać na kolejną notkę?

    OdpowiedzUsuń
  4. Dodaj nową notkę. Proszę Cie codziennie tu wchodze mając nadzieje że dodałaś coś nowego. Ale wole żebyś miała więcej weny i pomysłów niż nie dodawała nic. Ja i inni(mam nadzieje) poczekamy ile trzeba.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tu już się nic nie pojawi. Autorka publikuje na wattpadzie to opowiadanie pod tytułem
    Ambrossy, Reignsy i inne zjawiska pogodowe.
    Na razie przenosi te rozdziały na wattpad.
    To tak dla zainteresowanych.
    Ps. Jak coś nazywa się SleepkaMizanin :D
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To znaczy prawdopodobnie XD tak gdzieś chyba do wakacji*

      Usuń
  6. Skontaktowałam się z nią i jak na razie w planach ma, aby blogger był tak daleko jak wattpad. Dopiero teraz się zorientowałaś o Wattpadzie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytam wattpad już od dawna, też się kontaktowałam :D
      Skoro mam tam konto prawie rok to muszę t czytać nieprawdaż? ;)
      Pozdrawiam cię pani/panie Anonimowy

      Usuń

Witaj wierny fanie WWE. Jeśli udało Ci się przebrnąć przez moje wypociny, tu możesz wyładować na mnie swoją frustrację za niszczenie tej pięknej dziedziny sztuki jaką jest literatura :)

Template by Elmo