wtorek, 28 czerwca 2016

003. Start by blackout.


   Pierwsze promienie porannego słońca zaczęły przebijać się przez zachmurzone niebo, a nowy dzień zaczął witać świat. Na powieki Tary padło światło. Nie, jeszcze parę minut. Pomyślała dziewczyna, zakrywając głowę poduszką, ani na chwilę nie otwierając oczu. Było jej tak niebywale wygodnie. Czuła się jakby spała na chmurze. Rodzice musieli w końcu wymienić jej materac w łóżku, tak jak ich prosiła. Och, było jej tak przyjemnie, że miała zamiar przeleżeć w tej niezmiennej pozycji z zamkniętymi powiekami jeszcze parę godzin, zanim zdecyduje się ruszyć.
   Rozkoszując się zapachem świeżej pościeli wtuliła twarz w miękką kołdrę.
   Zaraz, jaką kołdrę?! Jaki materac?! Boże, gdzie ja jestem?! Rzeczywistość uderzyła w nią zeusowym piorunem i dziewczyna niemal natychmiast podniosła się do pozycji siedzącej.
   Jej oczy uderzyła jasność słońca wpadającego przez duże, ścienne okno. Gdy już przyzwyczaiła się do światła, z paniką rozejrzała się dookoła. 
   Znajdowała się w pokoju hotelowym. Tak, to ewidentnie był pokój hotelowy. Wskazywały na to nienaganne, puste, idealnie pomalowane brzoskwiniowe ściany i meble w zestawie. W pokoju znajdowało się jedno, duże łóżko, etażerki i niewysoka komoda. Wszystkie te meble prezentowały się pięknie, swą miodową barwą dobrze kontrastując ze ścianami. Na przeciwnej od łóżka ścianie, w rogu znajdował się mały ozdobny łuk przysłonięty teraz mlecznobiałą, cienką zasłoną. Lewą ścianę wyróżniało duże okno i drzwi balkonowe, które, dzięki odsłoniętym zasłonom, wpuszczały teraz do pokoju wiele światła.
   Za sobą Tara słyszała dźwięk ciurkiem płynącej wody. Odwróciła się i ujrzała drzwi łazienkowe z małym, nie pozwalającym wiele zobaczyć okienkiem. O cholera. Zaklęła w myślach Tara, gdy uświadomiła sobie, że w tej łazience ktoś jest.
   A ona nie pamiętała totalnie nic z poprzedniej nocy. Ostatnie co sobie przypominała, to czwarty drink wypity duszkiem w towarzystwie wysokiego, blond barmana o czarującym uśmiechu. Zmarszczyła brwi i zaczęła masować skronie w nadziei, że może to choć trochę pomoże i brunetka coś sobie przypomni. Jezu, Tara, w co ty się znów wpakowałaś?! Czy ty choć raz nie możesz posłuchać Eveline?! Krzyczała do siebie w myślach, ale wiedziała, że jest już stanowczo za późno, na uświadamianie sobie swoich błędów. Próbowała tak usilnie przypomnieć sobie choć skrawek wydarzeń z poprzedniej nocy, że aż rozbolała ją głowa. Próbowała nawet nie myśleć, ile wczoraj wypiła. O dziwo, nie dokuczał jej kac. Choć jak się zastanowić, wolałaby nawet najgorszy kac od tego, co przeżywała teraz. Kac moralny po tej nocy zapewne długo będzie jej dokuczał. 
   Spokojnie, Tara. Nie płacze się nad rozlanym mlekiem.  Dziewczyna starała wszelkimi siłami uspokoić się i znaleźć logiczne wyjście z tej sytuacji.
   Dopiero teraz uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, gdzie jest Eveline. Zgubiła ją wczoraj w nocy. Ale to przecież niemożliwe, by blondynka ją zostawiła. Po prostu niemożliwe.
   - Eveline? Eveline! - krzyknęła ściszonym głosem, choć w pełni zdawała sobie sprawę z idiotyzmu tych prób. Była w pokoju sama, przecież to widziała. Eveline nagle się tu nie zmaterializuje, jeśli Tara będzie ja nawoływać.
   Gdy tylko dziewczyna uspokoiła swoje tętno, postanowiła wstać i zajrzeć za łuk. Kto wie, może Eveline słodko tam sobie spała z pełną świadomością poprzedniej nocy i tylko czekała, by wyjaśnić wszystko przyjaciółce? Tsa, jasne. Już to widzę. 
   Gdy tylko jednak podniosła się z łóżka, jej tętno znów podskoczyło. Miała na sobie tylko bieliznę, a wokoło łóżka, walały się wszystkie możliwe części garderoby, łącznie z łańcuchami i czapką z daszkiem.
   - Eveline... - jęknęła jeszcze raz żałosnym głosem brunetka. 
   Schyliła się i podniosła najdelikatniej jak potrafiła, leżące na ziemi spodnie. Przez chwilę miała problem z rozpoznaniem, czy są to spodnie męskie, czy żeńskie. Krojem i wzorem panterkowych sindbadek raczej skłaniałaby się do stwierdzenia, iż są to spodnie damskie, jednak ten rozmiar... był raczej męski. 
   - Cass, gdzie, do cholery, są moje spodnie! - usłyszała zza drzwi łazienki szorstki, mocny, męski głos. Więc to jednak męskie spodnie, pomyślała i poczuła, jak serce z przerażenia podskakuje jej do gardła. 
    Po kilku sekundach stania w szokowym  bezruchu, Tara usłyszała jak drzwi się otwierają. Niemal automatycznie odwróciła się w stronę łazienki. O matko i córko. Zaszlochała w głębi siebie, wpatrując się w mężczyznę, który dziarskim krokiem wyszedł z łazienki. Był niewysoki. Może parę centymetrów wyższy od niej. Raczej krępy, ale ładnie zbudowany. Jego umięśniony tors porastała krótka szczecina, a na lewym boku widniał tatuaż, tak samo jak na lewej piersi. Oczy miał zielone, bardzo duże, a brwi jakby wiecznie podniesione. Dolną część twarzy porastała stercząca we wszystkie strony świata ciemna broda. Za to mokre włosy, opadające teraz na twarz miały kolor ciemnego blondu. 
   Nie wierzę. To była jedyna myśl jaka kołatała jej się w głowie, gdy uświadomiła sobie, że przed nią w samym ręczniku stoi Enzo Amore.
   - O, znalazłaś moje spodnie - powiedział tylko Enzo po czym wyrwał dziewczynie spodnie z ręki. - Dzięki.
   - Ty idioto, budzisz mnie tylko po to, żeby się mnie spytać, gdzie są twoje spodnie? Skąd ja to mam wiedzieć? - dobiegł ją zza pleców czyjś głos.
   Tak, było dokładnie tak, jak się domyślała. Oparty niechlujnie o łuk przejściowy stał w samych czarnych majtkach Big Cass. Jego zazwyczaj w telewizji mokre, idealnie proste włosy były teraz suche i wyraźnie wymknęły się właścicielowi spod kontroli. Tara spoglądając tak na niego, szybko doszła do wniosku, że telewizja ujmuje mu parę centymetrów. 
   - Już znalazłem. Ale trochę dobrej woli i pomocy w szukaniu by nie zaszkodziło - żąchnął Enzo, jakby w ogóle nie zauważając stojącej pomiędzy nimi, totalnie skołowanej brunetki. Tymczasem Tara bała się zrobić jakikolwiek ruch.
   - Gdybyś tyle nie bałaganił, to wiedziałbyś, gdzie co leży! Mam dość zbierania twoich ciuchów z podłogi - uskarżał się Big Cass, krzyżując ręce na torsie. Tarę trochę rozbawił fakt, że wyglądał teraz trochę jak obrażona kura domowa.
   - Cass, ile razy mam Ci powtarzać, że sprzątanie jest niemęskie? Wiedziałeś na co się pisałeś, kiedy wchodziłeś ze mną w team - zauważył słusznie Enzo, mierząc się wzrokiem z kompanem. By ich oczy się spotkały, musiał zadrzeć głowę dość wysoko.
   - Na wspólne pokoje się nie pisałem. - Cass był wyraźnie przyzwyczajony do tego typu kłótni, bo nie wyglądał, jakby liczył na jakiekolwiek zmiany w zachowaniu Amore. Są jak stare małżeństwo.
   - Ględzisz gorzej niż moja babka. - Enzo urwał krótko konwersacje, znów wchodząc do łazienki i zatrzaskując za sobą zamek.
   Tara przez chwilę zastanawiała się co ma zrobić. Nie ruszać się? Uciekać? Ubrać? Wszystko na raz? Żadna logiczna opcja nie przychodziła jej do głowy. Ani przez chwilę nie przemknęło jej przez myśli, że pewnego ranka obudzi się w pokoju hotelowym gwiazd WWE. A już szczególnie Enzo Amore i Big Cassa. To było z pewnością ostatnie, czego się spodziewała. Uważała ich zawsze za zbyt przykuwających do siebie uwagę i jej serce należało do The New Day, za zasługą wiecznie skaczącej małpki Kofiego Kingstona. Zastanawiała się tylko, jak mogła nawet urywkami nie zapamiętać z poprzedniej nocy kogoś tak... oryginalnego jak Amore. 
   Nie była dzieckiem. Zdawała sobie sprawę, co tej nocy musiało w tym pokoju nastąpić i nie podobało jej się ani trochę. Co prawda, dziewicą nie była, ale w życiu miała tylko dwóch partnerów seksualnych i raczej trzymała się z daleka od jednorazowych przygód. Wcześniej zdarzyło jej się to tylko raz, ale ten chłopak był jakimś anonimowym zjadaczem chleba, a nie Enzo Amore'em! Nie chciała sobie nawet wyobrażać, jakich głupot musiała nawyrabiać tej nocy, gdy alkohol przejął kontrolę nad jej ciałem. Mogła mieć jedynie nadzieję, że Enzo nie był jednym z tych celebrytów, którzy mieli w zwyczaju nagrywać takie... sytuacje.
   - Nie przejmuj się. Zaraz mu przejdzie. Nerwowy jest - powiedział Cass, a Tara przez chwilę zastanawiała się, do kogo skierowane były te słowa. Dopiero potem zorientowała się, że były skierowane do niej, bo przecież nikogo innego nie było w tym pokoju.
   Nie zdołała odpowiedzieć, bo chłopak odwrócił się na pięcie i wszedł do drugiego pokoju znajdującego się za łukiem. Niemal równo z odgłosem sprężyn materaca, gdy Cass legł na łóżko, Tara usłyszała właśnie z drugiej części pokoju krzyk. Kobiecy krzyk, którego nie była w stanie pomylić z żadnym innym.
   - Eveline!- krzyknęła, i szybko wbiegła do pokoju, w którym przed chwilą zniknął Cass. W niemal identycznym pokoju, na niemal identycznym jak w pokoju Enzo łóźku, siedziała spanikowana Eveline, zawinięta w kołdrę. Obok niej Cass wyraźnie zdziwiony tą reakcją wpatrywał się teraz w pozycji leżącej w obie dziewczyny.
   Eveline tutaj? Świat się wali. I dla Tary świat logicznego myślenia runął teraz jak domek z kart. Eveline zawsze była tą, która ratowała ją z opresji, nie tą, która w nie wpadała. A fakt, że leżała teraz w łóżku z Big Cassem oznaczał, że nie tylko Tarę czekały teraz wyrzuty sumienia. Ale gdzieś tam w środku Tara cieszyła się, że mimo wszystko koleżanka jej nie zostawiła.
   - Tara, do diabła, co tu się wydarzyło? - Eveline była bliska płaczu. Tara momentalnie wszystko pojęła. Eveline też nic nie pamiętała. Tylko, że w jej przypadku, zdarzyło się to pierwszy raz. I patrząc tak na Cassa, blondynka była szczerze przerażona. 
   Tara wychyliła się i złapała koleżankę za nadgarstek w celu wyciągnięcia z pokoju Cassa, do chwilowo wolnego pokoju Enzo. Uznała, że Big Cass nie byłby najlepszym świadkiem ich rozmowy, choć zdawała sobie sprawę, iż chłopak mógłby bez problemu podsłuchać je zza otwartego łuku. Nie wydawało jej się jednak, by Cass miał ochotę zawracać sobie tym głowę. Wyglądał, jakby jego jedynym marzeniem było się teraz wyspać. Co skłoniło Tarę do wniosków, że noc z Eve musiała przebiec po jego myśli. 
   - Co tu się dzieję? Tara, wyjaśnij mi to! - Teraz również i Eveline mówiła ściszonym głosem.
   - Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo chciałabym być w stanie to zrobić... ale nie wiem. Obudziłam się tutaj - odparła koleżance, wskazując długim, ostrym paznokciem na łóżko. - Myślę, że nawet lepiej, że nie wiemy, co tu się działo. Priorytetem jest teraz, żeby się stąd szybko wydostać, póki Amore się myje, a Cass śpi - wygłosiła swój plan McTudy.
   - Amore też tu jest? - zapytała zrezygnowana Eveline, a na widok przytakującego kiwnięcia przyjaciółki, mina zrzedła jej jeszcze bardziej. - Wiedziałam, że to się źle skończy. Twoje pomysły zawsze się źle kończą.
   - Dobrze, dobrze. - Tara próbowała opanować atak histerii przyjaciółki. - Ale czy mogłabyś zacząć na mnie krzyczeć, jak już się stąd wydostaniemy? 
   W odpowiedzi otrzymała tylko krótkie kiwnięcie głową.
   Obie dziewczyny zaczęły ubierać się w najszybszym tempie, w jakim tylko były w stanie, jednak nie zdążyły ubiec Enzo, który wyszedł właśnie z łazienki.
   - Wychodzicie już? - zapytał ze szczoteczką do zębów w ręku.
   - Eee... tak. My... śpieszy nam się - odparła krótko Tara, zapinając rozporek ciasnych jeansów. 
   - Zostańcie jeszcze trochę - namawiał je Enzo, posyłając im szelmowski uśmiech. Tara nigdy nie uważała Enzo za brzydkiego, jedynie za kontrowersyjnego, ale patrząc na perspektywę dzisiejszej nocy, ten uśmiech wydał jej się do granic możliwości obrzydliwy.
   - Nie możemy. Wypadło nam coś - rzuciła szybkie kłamstwo Eveline i łapiąc Tarę za przedramię, wybiegła wraz z nią z pokoju.
   - Ej, Cass, laski nam uciekły! - zdołała usłyszeć jeszcze za sobą Tara.
   Rzeczywiście, biegły tak szybko, że nawet nie zauważyły wychodzących zza rogu dwóch dziewczyn. Zderzenie było krótkie, ale bolesne. O dziwo, w jego wyniku, tylko Tara i Eve skończyły na podłodze.
   - Nikt was nie nauczył patrzeć pod nogi, idiotki?! - usłyszała wredny głos Tara. Zwróciła głowę stronę agresorek.
   Charlotte i Dana Brooke. Co ją jeszcze dzisiaj spotka? Nie była w stanie nawet przetrawić tej infromacji, bo silny uścisk panny Deery podniósł ją i pociągnął za sobą w stronę wyjścia.
   - Czy ta kretynka właśnie nazwała nas idiotkami? - zapytała Tara, spoglądając jeszcze w tył, gdy już stały obie na parkingu ogromnego, chicagowskiego hotelu, z którego właśnie udało im się wydostać.

   
   - O mój Panie, byłam głodna jak wilk.- Tara rzuciła na pusty talerz brudną chusteczkę. Zaledwie parę chwil temu udało jej się wciągnąć sharmę, zupę grzybową i stek. Po takich nocach zawsze była straszliwie głodna. 
   Po ucieczce z hotelu, dziewczyny przez kilka chwil nie wiedziały, co mają robić. Okazało się jednak, że było już popołudnie, a Allstate Arena otwierano już o osiemnastej, postanowiły, że najlepszym pomysłem, będzie po prostu iść coś przegryźć. 
   I tak oto znalazły się w małej knajpce na rogu Challoa i St. Aintone, siedząc tuż przy oknie i rozkoszując się widokiem anonimowych przechodniów. Tara spoglądała tak na ich zwieszone twarze i zastanawiała się, jakie są ich problemy? Przecież każdy jakieś ma. Choć ostatnio doszła do wniosku, że jej problemy osiągnęły właśnie apogeum i gorzej już pewnie nie będzie. Jeszcze kilka dni temu mieszkała w ogromnej willi, stać ją było na wszystko i na wszystko mogła sobie pozwolić. Tymczasem teraz wylądowała w kompletnie obcym jej mieście, bez pracy, ze stoma dolarami w kieszeni i możliwością paru noclegów u ciotki. Nie mówiąc już o tym, że dzisiaj rano obudziła się w samej bieliźnie w pokoju hotelowym Enzo Amore, bo ten fakt był chyba najbardziej raniący ze wszystkich. Jak mogła do tego dopuścić? To się nie powinno było nigdy wydarzyć. Miała udowodnić sobie, że jest silna i niezależna, a już pierwszej nocy puściły jej hamulce i wylądowała w łóżku z nowo poznanym facetem. I to jeszcze celebrytą. Ba, celebrytą, ze świrniętym wrestlerem. 
   Mama byłaby dumna, zaśmiała się w duchu. Do teraz pamiętała, jak to była mała i razem z kuzynem oglądając WWE, starała się naśladować sposób, w jaki John Cena zdejmował swoją koszulkę.
   - Mamo, mamo, zobaczysz, on będzie kiedyś moim mężem! - wołała ośmioletnia Tara z szerokim uśmiechem wskazując na ekran telewizora, w którym to w całej swej krasie ukazywał się John Cena.
   - Nie, kochanie, nie będzie - odpowiadała wtedy oschłym tonem matka, ani na chwilę nie odrywając wzroku od laptopa. Jakby w ogóle nie interesowało ją istnienie córki, a jedynie praca i pieniądze. Praca zawsze była dla niej wyżej niż córka. 
   - Ale... czemu? - Dziecięcy uśmiech znikał z twarzy Tary, po każdej takiej odpowiedzi mamy. Mama nie umiała być dla niej delikatna, a Tara nie była głupim dzieckiem i wiedziała, że Amanda McTudy nawet nie chciałaby być dla niej delikatna. Ale przynajmniej się do niej odzywała, nie to, co jej ojczym.
   - Bo masz na nazwisko McTudy, Teremunde. A my nie zadajemy się z takimi ludźmi...
   Ciekawe, czy zdawała sobie wtedy sprawę, że właśnie takim człowiekiem stanie się jej córka? Zachodziła w głowę Tara. Mama pozwalała jej oglądać wrestling, biorąc to za zwykłe, dziecięce zamiłowanie. Poza tym, gdy była mała, bardzo dużo czasu spędzała ze starszym kuzynem Samem, który uwielbiał oglądać wrestling i spędzał u nich w domu całe dnie. A wtedy ojczyma Tary i ojca Sama łączyły ważne interesy, więc mama nie chciała się mu narażać, traktując Sama niczym królową angielską i tym samym, pozwalając mu oglądać ze swoją córką wrestling. 
   A potem ojciec Sama zerwał interesy z panem McTudy i wyprowadził się wraz z synem do Kanady. I od tego czasu Tara nie widziała już Sama. Pamiętała tylko jego ogniście rude, kręcone włosy i lśniący aparat na zębach.
   - Eve, prawie nic nie zjadłaś. - Tara zauważyła, że talerz zupy dyniowej Eveline jest niemalże nieruszony, co zmartwiło dziewczynę. W końcu ostatni raz Eveline jadła wczorajszego wieczora w autobusie, kiedy to jechały do Chicago.
   - Nie mam apetytu - odparła Eveline. Wzrok miała spuszczony na swe dłonie, a jej ton brzmiał nieswojo. Blond włosy dalej miała w nieładzie, co zdarzało jej się nieczęsto. Eveline dbała o swój wygląd zewnętrzny i lubiła wyglądać schludnie. Choć dziś z pewnością tak nie wyglądała. Zza rozmazanego makijażu przebijały się wory pod oczami. Podkoszulka była wyraźnie znoszona.
   - Eveline, musisz coś zjeść. Od wczoraj nie miałaś nic w ustach. - Miejmy nadzieję, dodała w myślach.
   - Nie chcę jeść, Tara. Mam tego dość. Co my zrobiłyśmy? Nie mogę o tym przestać myśleć. To okropne - odparła Eveline, smętnie opierając twarz na dłoni. Ta sprawa rzeczywiście musiała ją dobijać. Jej mina dobitnie to obrazowała.
   -Wiem co czujesz, Eveline. Serio, też nie chciałam, żeby to tak wyszło i nie jestem z tego zadowolona... - zaczęła niezgrabnie Tara, choć sama nie wiedziała co powinna powiedzieć. Nigdy nie była dobra w pocieszaniu. A szczególnie, że sama czuła się teraz jak wrak człowieka. Bardziej pod względem moralnym niż fizycznym.
   - Nic nie wiesz, Tara! To był twój głupi pomysł. Coraz bardziej... coraz bardziej zaczynam się zastanawiać, co ja przy tobie robię. Nie słuchasz mnie, co chwila pakujesz się i przy okazji mnie w kłopoty wywołane twoją głupotą. Nigdy nie myślisz ani o mnie, ani o konsekwencjach tego co robisz. Teraz nie ma już przy tobie rodziców, którzy za każdym razem będą cię wyciągać ze wszystkich kłopotów, nie licz na to. Wiesz co? Zaczynam żałować, że się z tobą przyjaźnię - wyrzuciła z siebie Eveline, po czym wybiegła z kawiarni. 
   Te słowa były dla Tary niczym nóż wbity w serce. Może dlatego, że były w pełni prawdziwe? Wszystkie kłopoty Eveline zawdzięczała Tarze. To jej egoizm i nie konsekwentność doprowadziły je do pokoju Enzo i Cassa. Wszystko to było jej winą. Prawda ta bolała, niczym sól rozsypana na ranę. Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Odkąd wyjechał Sam, Eveline była jedyną bliską Tarze osobą. Nie chciała jej ranić. Tak bardzo tego nie chciała... A jednak. Nic nigdy nie było tak, jak Tara chciała. Zawsze musiała wszystko zepsuć.
    Postanowiła jednak, że nie zawiedzie Eveline po raz kolejny. Starła łzę z policzka, zostawiła na stoliku dwadzieścia dolarów i wybiegła szybko z kawiarni. Muszę ją znaleźć. 
   Nie szukała długo. Na tej samej wietrznej ulicy, tuż pod oknem wystawy jakiejś większej kwiaciarni, z nogami przysuniętymi do klatki piersiowej, objętymi rękoma i głową schowaną w kolanach. Szlochała. Tara to słyszała.
   Nie wiedziała co powiedzieć. Nie sądziła, by jakiekolwiek słowa poprawiły ich sytuacje. W ciszy usiadła obok koleżanki po turecku. Siedziały tak w ciszy przez kilka minut wbijając tępo wzrok w chodnik, nie zwracając uwagi na dziwne spojrzenia przechodniów.
   - Przepraszam. - Tara usłyszała cichy głos Eveline, już trochę spokojniejszy. - Wcale... wcale tak nie myślę. Poniosło mnie. - Przeprosiny były szczere. Tara wiedziała, że Eveline nigdy nie przeprosiłaby nikogo nie szczerze. Poza tym w jej głosie słychać było smutek.
   - Nie przejmuj się. Wiem, że zawaliłam. Znów - odparła Tara, klepiąc przyjaciółkę po łopatce. 
   - Nie mam zegarka, zniknął. Musiałam go tam zostawić. - Eveline zdradziła w końcu koleżance, co jej leży na wątrobie.
   - Ten, który dostałaś od dziadka? - zapytała Tara, modląc się o odmowną odpowiedź.
   - Tak, ten - odpowiedziała totalnie przybita.
   Tara westchnęła, wiedząc, jakiej reakcji oczekuje przyjaciółka.
   - Nie bój się, odzyskamy go. Zaraz po Raw, wrócimy do tego hotelu i dostaniemy twój zegarek z powrotem.

--*--

Hej, hej, hej!
Już jestem. Tęskniliście? Mam nadzieję, że choć jedna osoba powie, że tak. Ten rozdział w końcu wprowadza już regularnie do fabuły gwiazdy WWE. To teraz mówcie, kto się spodziewał Enzo i Cassa? Musiałam, przepraszam :P Są fajni i odegrają jeszcze ważną rolę w tej historii. 
Rozdział trochę dupny, ale mam nadzieję, że to przetrwacie. Widzę, że z każdą notką, piszę coraz nudniejsze te rozdziały. Trzeba to zmienić.
Pozdrawiam, 
Sleepka.
   

11 komentarzy:

  1. Matko mam nadzieję że między tą czwórką nic nie zaszło. Nie mogę doczekać się RAW, ale muszę zaczekać do wtorku :( Tara i Eveline to goal ♡ pozdrawiam i życzę weny! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Còż, czy nic się nie stało, nie zdradzę. Dowiemy się już niedługo :)

      Usuń
  2. Pewnie, że tęskinłam! <3
    Nie są nudne!
    Nie spodziewałam się tego teamu. Moja pierwsza myśl to Roman Regins (chyba źle to piszę).
    Aaa! Ja już wiem! Domyśliłam się, że tajemniczy "Sam" to Sammi Zayn. Te rude włosy i Kanada...
    Jaki $mutecek w tym rozdziale.
    Chicago!! Hell yeah! Słyszałam, że nie czytasz blogów ponad 20 postów, ale może spodoba Ci się moje i mojej kumpeli dzieło? Serdecznie zapraszam proba-selenu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieee, Roman i Dean byliby tu zbyt oczywiści, choć chwilę rozwarzałam nad Cesaro i Tyson Kiddem, ale uznałam, że największe jazdy będą ze SWAFT :)

      Usuń
  3. Witam.
    Blog został zgłoszony do katalogu na Rejestrze blogów, jednak zanim zostanie on dodany, prosiłabym o zamieszczenie na blogu linku/buttonu do Rejestru.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. "Eveline, musisz coś zjeść. Od wczoraj nie miałaś nic w ustach. - Miejmy nadzieję, dodała w myślach." to wygrało moje serce. Totalnie. A ich przyjaźń to trochę, jak połączenie yin i yang, bo faktycznie zdają się być całkiem inne, a na pewno w wielu kwestiach. I mam nadzieję, że zegarek odzyskają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tak, odzyskają i to bardzo szybko :)

      Usuń
  5. A ja chcę, żeby między tą czwórką coś zaszło! 😂 Gdyby tak Tara zaliczyła wpadkę... Ech. Marzenia xd przynajmniej by się nauczyła, żeby tyle nie pić na imprezach.
    Szczerze? Nienawidzę mamy Tary. Co ona sobie wyobraża? Przecież nie może dziecku wybrać przyszłości. To, że są bogaci czy co, to nie znaczy, że Tara ma rezygnować z marzeń...
    Co do wymienionych w rozdziale gwiazd wwe, to muszę ich obczaić, bo przyznam się szczerze, że żadnego z nich nie znam. *nie bij * 😂 😂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no wpadka na samym początku opka? Jeszcze za wcześnie :p

      Usuń
  6. "znalazłaś moje spodnie!" Kisnę :"D 😂😂😂
    Jest zabawnie, melancholijnie, życiowo - aaaa emocjonalny rollercoaster.

    OdpowiedzUsuń

Witaj wierny fanie WWE. Jeśli udało Ci się przebrnąć przez moje wypociny, tu możesz wyładować na mnie swoją frustrację za niszczenie tej pięknej dziedziny sztuki jaką jest literatura :)

Template by Elmo