poniedziałek, 26 grudnia 2016

016. Un-fuckin-believable.


   Śmierdziało tu. Jak chyba z resztą wszędzie w tym okropnym miejscu. Jonathan nie czuł już smrodu. Dawno temu się do niego przyzwyczaił. Nie drażnił go teraz smród. Drażniło go to, z czym ten smród się wiązał. To był smród bezsilności, strachu i śmierci.
   W tych slumsach nie było lepszych czy gorszych. Jak na ironię, było to chyba jedyne miejsce na świecie, które znał Jonathan, w którym naprawdę mogłeś być kim chcesz. Wystarczyło, że miałeś na tyle odwagi i wystarczające braki w ludzkim sumieniu, by czynić straszne rzeczy. Nie liczyło się, czy masz jedną rękę, czy trzy. Póki miałeś w niej nóż, byłeś panem. Jona już dawno przekroczył cienką granicę dzielącą człowieka od potwora i nienawidził się za to. Kiedyś się nienawidził. Potem zrozumiał, że to środowisko wymusiło na nim to, by rzucić w kąt człowieczeństwo. Zginąłby tu już dawno, gdyby nie był tym z nożem. Wtedy byłby ofiarą.
   Kiedyś miał marzenia. Chciał wyrwać się z tego padołu po skończeniu szkoły. Ale potem znokautowała go rzeczywistość. Nie był lotny w szkole, co by nawet nie powiedzieć, że był po prostu głupi. Zapewne ledwo ją skończy, a wtedy pójdzie pracować naprzeciwko jego domu do zakładu spawarskiego i tak skończą się jego marzenia.
   Teraz stał jednak w jednym z ciemnych zaułków, jedynie w towarzystwie gnijących koszów na śmieci. Z jednego z nich wyjadał jakiś chudy, wstrętny dachowiec i Jona nawet zaczął się zastanawiać, czy go nie przygarnąć? Mieli tyle cech wspólnych. Chudzi, obrzydliwi, zadowalali się odpadkami.
   W końcu Jonathan zaczął zauważać zbliżający się w jego stronę ludzki kształt. Obok niego pojawił się brudny, obdarty chłopak, o kolanach tak kościstych, że blondyna aż ścisnęło w żołądku na ten widok.W jego oczach czaił się niepokój. Dobrze wiedział, kim jest Jonathan i dla kogo pracuje.
   - Andy, Andy, Andy... znów się spotykamy... - westchnął Jonathan wyciągając z kieszenie kurtki scyzoryk i bawiąc się nim ostentacyjnie. Na twarzy chłopaka dodatkowo pojawił się strach.
   - Jonathan, to nie tak. Ja... miałem te pieniądze, przysięgam! - zatrwożył się Andy, prawie płacząc. Jonathana zawsze śmieszyły te ich miny, jakie robili, kiedy się im groziło.Byli jak spłoszone zwierzątka. Lew i gazela. Ale musiał być profesjonalny i powstrzymać się od śmiechu.
   - I co z nimi zrobiłeś? Zjadłeś? - zironizował, jednak jego ton wciąż był śmiertelnie poważny. Wbrew pozorom niewyrównane rachunki ze Szczurem to była poważna sprawa. Szczur nie odpuszczał nikomu i nie interesowały go żadne tłumaczenia.
   - Nie, nie! Margaret była chora, musiałem je wydać, żeby kupić jej leki. Biedactwo miało zapalenie oskrzeli. Prawie zmarła!
   Jonathan czuł, że chłopak mówi mu prawdę. Takie rzeczy szło wyczuć. Robił to już nie pierwszy raz. Choć ludzie często kłamali, by ujść slumsowej sprawiedliwości, on potrafił ich przejżeć. Niezależnie jednak od tego, czy kłamał czy nie, sprawiedliwości musi stać się za dość. Inaczej Szczur przyjdzie po niego. Co prawda Jonathan nie miał już nic do stracenia, ale jednym z jego ostatnich żywych marzeń było odejść z tego świata na jego własnych warunkach, nie zakrwawiony, pod butami dawnych kolegów z gangu.
   Jonathan westchnął w duchu, nie znosił taki scen. Wolałby, żeby Andy powiedział po prostu, że wydał te pieniądze na koks i dziwki.
   - Wzruszająca historia - powiedział, po czym zbliżył się do Andy'ego. - Szkoda, że Szczur będzie ją miał w dupie, kiedy usłyszy, że nie mam dla niego jego pieniędzy. Wtedy będziesz żałował, że ta twoja jebana siostra jeszcze żyje.
   Wtedy usłyszał charakterystyczny dźwięk malutkich dźwigni i zębatek naciągających się w środku malutkiego, mechanicznego cudeńka. Gdy otworzył oczy po dłuższym mrugnięciu lufa pistoletu wisiała już w powietrzu jakieś trzydzieści centymetrów od jego głowy. Andy wyraźnie pierwszy raz miał w ręku spluwę. Pocił się i trząsł jak osika, choć próbował udawać pewność siebie.
   No dalej, Andy, strzelaj. Błagał w myślach Jonathan. Jedyne, co go mogło teraz uwolnić to śmierć, wiedział o tym doskonale. Chciał, by chłopak strzelił, bo sam był zbyt tchórzliwy, zbyt uporczywie trzymał się nadziei na szczęście, by to zrobić. Już po kilku sekundach zrozumiał, że Andy nie strzeli. Widać to było w jego twarzy. Nie byłby w stanie z zimną krwią zabić człowieka. Gazela. 
   Jonathan wciąż tkwił z lufą przed czołem, nie mając czelności zrobić jednego ruchu. Wtedy nagle zza pleców Andy'ego wychyliła czyjaś szybka ręka, wbijając chłopcu sztylet w ramię aż po rękojeść. Andy krzyknął w spaźmie bólu i niemal natychmiast upuścił pistolet, osuwając się na kolana. 
   - Co ty wyprawiasz, Jonathan? Pojebało cię do reszty? Mógł cię zastrzelić. - Gruby patrzył na Jonathana jak na wariata, nie mogąc zrozumieć, czemu chłopak tak bardzo prosi się o śmierć. Gruby był bardzo ograniczoną osobą. Pasowało mu życie takim, jakim je dostał.
   - Nie zastrzeliłby, jest za słaby - odparł Jonathan. - Przytrzymaj go - nakazał, a Gruby niemal natychmiast złapał Andy'ego za kościste przedramiona, uniemożliwiając mu ucieczkę. I tak z resztą by nie uciekł, za bardzo go bolało. - Wezmę to - uśmiechnął się wrednie, chowając pistolet za pasek. - Naprawdę sądziłeś, że ze Szczurem i jego ludźmi można zadzierać? - w oczach Andy'ego wykwitły łzy. Jonathan bez ostrzeżenia wbił jeden z palców w otwartą ranę po sztylecie, wywołując tym niemiłosierne krzyki chłopaka. - Masz tydzień. Jeśli za tydzień nie przyjdziesz tu z pieniędzmi, to... cóż, twoja siostra nie jest w moim typie, ale jak będę musiał, to się zmuszę - złapał się ostentacyjnie za krocze, dając upust swym zamiarom. - Zrozumiano? 
   Andy pokiwał tylko potakująco głową. Łzy spływały po jego policzkach niczym rzeka. Jonathan dał znak Grubemu, by ten puścił chuderlaka. Andy niemal natychmiast zerwał się z ziemi i cały czas masując obolałe ramię puścił się pendem w kierunku centrum.
   Jonathan zapalił szluga od niechcenia, by się odstresować i wtedy, spoglądając ku ujściu ślepej uliczki zobaczył JĄ. Była roztrzepana jak zawsze, ale tym razem w jej oczach nie czaiły się już te zadziorne ogniki. W jej oczach widział tylko zawód i niedowierzanie. Zauważyła, że na nią patrzy i wbiła w niego płaczliwy wzrok. Nie na długo jednak, bo już po chwili uciekła za następną alejkę. Jona nie zwracając uwagi na Grubego rzucił się biegiem za dziewczyną. Miał dobrą kondycje, a uciekanie przed gliniarzami sprawiło, że był bardzo szybki, dogonił więc dziewczynę już w kilka minut.
   - Lully, co ty tu robisz?! - spanikował, ściskając dziewczynę za nadgarstki. Lully, z kwaśną miną odwracała od niego wzrok, jakby samo patrzenie na niego było dla niej bolesne. 
   - Zaufałam ci! Myślałam, że jesteś inny! - odkrzyknęła dziewczyna.
   - Bo jestem! To wszystko nie tak, jak myślisz! Muszę to robić, inaczej mnie zabiją - bronił się Jona.
   - Myślałam, że jesteś dobry... - jęknęła pomiędzy jednym a drugim spazmem szlochu.
   - Bo jestem... - Jonathan był niemal pewien, że przez chwilę w oczach dziewczyny widział nadzieję. 
   Eveline siedziała znudzona na backu. Dzisiaj była wieka noc draftu. Wszystko kręcić się miało dziś wokół Shane'a, Steph i ich brandów, walki schodziły na drugi plan. Zaplanowano zaledwie trzy walki, z których każda miała być draftowym specjałem. Na tę noc, widzowie przygotowani byli na walkę o mistrzostwo USA Ruseva z Dolphem Zigglerem, walkę Sashy Banks z Charlotte, po raz pierwszy, odkąd obie są w głównym rosterze. Na szczęście była to walka bez pasa na szali. No i wisienka na torcie- walka o mistrzostwo światowe Deana z Sethem. Eveline cieszyła perspektywa draftu, gdy myślała o tej walce. Przynajmniej nie będzie musiała znosić tego, co się będzie po niej działo. 
   Obie opcje były równie złe. Niezależnie kto by wygrał, gdyby nie draft, źle odbiłoby się to na całym busie. Na szczęście teraz czekała ich mała busowa "roszada". Jak tak Eve zastanawiała się nad tym dłużej, w busie naprawdę po Battleground mogłoby rozpętać się piekło. Gdyby wygrał Seth, Dean uprzykrzałby mu życie sto razy bardziej niż zwykle, przy okazji uprzykrzając je też reszcie lokatorów, a jeśli wygrał by Dean, poziom chamstwa Setha sięgnąłby Mount Everestu.
   - Ehh... nudna noc, co nie? - zapytał Zack, dosiadając się do Eveline. 
   Jego szeroki uśmiech zawsze ocieplał Eveline nawet w najsmutniejsze dni. Zack zresztą pomimo swojej miernej wrestlerskiej kariery, byłby chyba jedną z najbardziej utęsknionych na backstage'u osób, gdyby miał zniknąć z WWE. Był dla każdego miły i pomocny, szkoda tylko, że rzadko kiedy to do niego wracało.
   - Nudna? Przecież to draft. Powinieneś być podekscytowany. Od tego zależą nasze kariery - zauważyła zdziwiona Eveline. 
   Wcześniej jakoś nie dochodziło do niej to wszystko. Dopiero dzisiaj, gdy weszła na backstage w pełni zrozumiała, że to się dzieje naprawdę. Wielki Draft. Zostaną rozdzieleni. Staną się osobnymi gwiazdami- niebieskimi lub czerwonymi.
   - E tam, moja kariera i tak jest martwa. Nie ma dla mnie różnicy, do którego brandu pójdę, i tak będę walczył w pre-showach. Mam tylko nadzieję, że nie rozdzielą mnie i Eve - odparł, rozkładając się na na kanapie. Eveline zdziwiło jedynie to, że w jego głosie nie pobrzmiewał ani smutek, ani zawód. Zack wyglądął na zadowolonego ze swojej pozycji. - Ty też jakoś nie sprawiasz wrażenia  podekscytowanej.
   - Pokłóciłam się z  Tarą. Tak na poważnie - odparła Eveline, zbierając włosy z czoła. 
   Shane i Steph rozpoczynali pierwszą kolejkę. Seth na Raw. Eveline nie zdziwiło to wcale.
   - W przyjaźni się zdarza czasem pokłócić. Żebyś ty wiedziała ile Eve i Kelly się kłócą. Mam przez to regularne migreny - zaśmiał się Zack. Wyraźnie wzmocnienie nadane przez Eveline nie wiele dało mu zrozumieć.
   Dean na SmackDown. Tak jak było zapowiadane.
   - Nie rozumiesz. Wygarnęłam jej wszystko, co leżało mi na wątrobie i wtedy sobie uświadomiłam... że to chyba tak naprawdę nie była przyjaźń. Przynajmniej nie z jej strony.
   Eve nie bała się uzewnętrzniać przed ludźmi. Była ekstrawertykiem i okazywanie uczuć nie sprawiało jej żadnego problemu. Poza tym, Zack był taką osobą, że zapewne i tak zapomni, o czym z nią rozmawiał. Na backu był wciąż zabiegany i rozchwytywany. Nawet gdyby to zapamiętał, nie wiedziałby, co z tą informacją zrobić. Nie była mu ona w żaden sposób przydatna.
   - Nie wiem, co ci poradzić, więc po prostu spytam. Czy jeśli teraz by was rozdzielono, tęskniłabyś za Tarą? 
   Niby proste, a zarazem podchwytliwe pytanie. Czy by tęskniła? Eve sama nie wiedziała. Już od paru dni przygotowywała się na fakt, że zapewne zostaną rozdzielone. Eveline była na sto procent pewna, że pójdzie na SmackDown. Dobrze dogadywała się z Shane'em i na pewno czekałaby ich miła współpraca. Shane nie lubił temperamentu Tary, więc Eve nie liczyła na spotkanie brunetki na niebieskiej tygodniówce. Za to waleczność Tary była ceniona przez Steph, która wyraźnie miała oko na Tarę, nie zdziwiłaby się więc, gdyby to właśnie McMahonówna zdecydowała się przyjąć pod swoje skrzydła Tarę.
    Z jednej strony, Eve wreszcie poczułaby się wolna, jeśli ostatecznie rozdzielono je na dwa brandy. Nie byłoby już Tary, którą wiecznie musiałaby ratować z opresji, ani Tary, która wciąż by ją wykorzystywała. Mogłaby skupić się na sobie, rozwinąć skrzydła. Stać się pełnoprawną zawodniczką. Bloody Violence ją ograniczało. To Tara świeciła w tym teamie. Była tą waleczną walkirią, której wszyscy się bali. Ona była tylko miłym dodatkiem do Tary, ozdobą. Jeśli trafiłaby do innego brandu, to by się skończyło, mogłaby zbudować Zoe Crush z powrotem od fundamentów. Stać się osobną marką. Mimo to, czuła, że bez Tary czułaby się jakoś tak... pusto. Tak naprawdę wstyd jej było to przyznać, ale to Tara była cały ten czas jej motywacją. Gdy widziała szaleństwa Tary, wiedziała, że też musi działać. To ją uruchamiało. Bez Tary straciłaby ten mechanizm. Stała by się wolna ale i bezcelowa. Cóż za ironia...
   - Nie wiem... chyba bym tęskniła... - odparła.
   Finn Balor na Raw. Gdyby nie głębsza rozmowa z Zackiem, Eve na pewno zadziwiłby fakt zdraftowania osoby z NXT już w pierwszej rundzie.
   - A więc to przyjaźń. Nawet nie wiesz, jak ja cholernie tęsknię za tym dupkiem Hawkinsem, albo Ceną - odparł, poprawiając swoje potraktowane gumą włosy. 
   AJ Styles do SmackDown. Robi się coraz ciekawiej...
   Przez chwilę Eveline zastanawiała się nad tym, co powiedział jej Zack. Jakby nie patrzeć, Zack spędzał czas z każdym, ciężko było stwierdzić, czy miał jakichś bliższych przyjaciół, oprócz jego ukochanej Eve Torres oraz jej nieodłącznej przyjaciółki Kelly Kelly.
   - Johnem Ceną? Przecież on tu wciąż jest - powiedziała Eveline, jeszcze raz myśląc nad tym wszystkim.
   Charlotte na Raw. No pięknie. Możliwość zdobycia kobiecego pasa będą miały tylko dziewczyny z Raw. Eve zaczęła w duchu życzyć szczęścia Tarze.
   - Tak, ale... jakbyś nie zauważyła, to już nie trzymam się z Johnem. W sumie od tej sprawy z Kanem pare lat temu John po prostu przestał się ze mną kontaktować i zdecydował, że woli Ortona, jego sprawa.
    Eveline nie odpowiedziała. jej uwagę przykuł znów ekran. Na sam środek ringu, wspierany przez kłaniających mu się wojowników wszedł Triple H, w swoim nienaruszonym garniturze i ogromnym młotkiem w ręku.W jego oczach lśniła mieszanka wściekłości z dziwnym, niewytłumaczalnym tryumfem. Eveline nie potrafiła opisać myśli kotłujących się jej umyśle. Czuła zbliżające się kłopoty. Triple H po prostu roznosił wokół siebie aurę kłopotów. Coś na pewno się wydarzy. Triple bez powodu nie wychodziłby na ring.
   Tłum wyraźnie odzwyczaił się od widoku Huntera na arenie, bowiem teraz wręcz szaleli. 
   - Wiem, wiem, długo mnie nie widzieliście - powiedział Tryplak. chwytając mocniej swój młotek w dłonie. - Nie jestem jednak tu by walczyć. 
   Tłum nagle ucichł. Chyba nie spodobało im się to wyznanie.
   - Wczorajszej nocy The Rock znieważył mnie, próbował mnie poniżyć. - powiedział głośno i wyraźnie, wręcz sylabizując każde słowo. - Jednak ja nie jestem mężczyzną, który da się obrażać. The Rock chyba już zapomniał, że WWE to nie Hollywood. Tu nie on gra pierwsze skrzypce, nic nie nagina się do jego woli. Tu wszystko nagina się do MOJEJ woli. Jestem tu szefem, a The Rock musi nauczyć się, by nie wychodzić przed szereg.
    Eveline była pełna podziwu charyzmie Trypla. Na co dzień mało miała z nim do czynienia. Walczył już teraz rzadko, a był głównym komisarzem NXT, więc mieli raczej mało okazji do rozmowy, jednak za każdym razem, gdy widziała go ze Stephanie, była pewna, że jest on zwykłym idiotą. Okazało się jednak, że potrafi on dużo bardziej manipulować widownią niż ktokolwiek mógłby podejrzewać. Pomimo jadu i ewidentnego złego nastawienia, widownia wydawała się pozytywnie rozgrzana jego słowami.
   - Jak wiecie, jestem bardzo wysoko postawiony, żeby nie powiedzieć, że ja tu rządzę. Po wczorajszych słowach The Rocka poruszyłem niebo i ziemię, by odnaleźć mu przeciwnika. I nie miał być to przeciwnik godny The Rocka, lecz przeciwnik godny reprezentowania mnie. Tak więc, Dwayne, poznaj swojego niedzielnego przeciwnika - Triple wskazał ręką na rampę. 
   Przez pierwsze kilka minut, nie było tam nic, oprócz ciszy i ciemności. Nagle jednak głośny dźwięk rozerwał całą arenę, a niebieskie światło oświetliło wszystkich wokoło. Już pierwsza nuta sprawiła, że Eve aż wstała z kanapy. Każdy jej mięsień napiął się, jej organizm zachowywał się, jakby właśnie został oblany kubłem zimnej wody. Nie może być...
   A jednak, po kilku sekundach to się naprawdę wydarzyło. Zza ścianki wyszedł On. Jego ciemne włosy jak zawsze rozpuszczone, leżały w artystycznym nieładzie na okrytym kamizelką, umięśnionym torsie. Zarost był dłuższy, gęstszy, niż gdy go ostatnio widziała. Oczy wciąż tak samo boleśnie emanujące empatią, teraz udające bezwzględne. Roman.
   Eveline nie potrafiła opanować swoich wewnętrznych reakcji. Gdy tylko zobaczyła go na tej rampie, coś w jej środku się poruszyło. Poczuła się, jakby ktoś przygrzewał żelazkiem jej serce. Nagle poczuła jakby krew gotowała się w niej. Dreszcze przeszły po całym jej ciele. Całe jej ciało błagało ją, by wybiegła teraz na tą rampę i... no właśnie? I co? Sama wręcz nie potrafiła się przyznać do tego, lecz, pomimo ich ostrej kłótni, niczego bardziej nie pragnęła, jak przytulić go mocno i nie puszczać. Opanuj się.
   Publiczność buczała na niego niemiłosiernie, odkąd tylko rozpoznała w wychodzącym jegomościu Reignsa. Dalej go nie lubili, sprawa z zawieszeniem jeszcze pogorszyła sytuację. Ludzie go nie znosili. Eveline płakała w środku widząc to. To było takie niesprawiedliwe. Ludzie buczeli na Romana, naprawdę nie wiedząc, jaki jest, tymczasem podniecali się takim Sethem, który prywatnie był zwykłą wredną bakterią. Eveline była osóbką tak niewinną, że wciąż zapominała, jak bardzo życie potrafi być niesprawiedliwe.
    - Niezadowoleni? To już nie mój interes - odparł z uśmiechem w stronę widowni Triple, po czym, jak gdyby nigdy nic, pokierował się do wyjścia drogą przez trybuny, zostawiając Romana samego na rampie.
   Przecież zostały mu jeszcze cztery dni. Powtarzała sobie wciąż Eveline, po prostu nie mogąc uwierzyć w to, że oto jest on tak blisko niej. Że wrócił. Że nikomu nic nie powiedział. Nawet się nie przywitał. 
   - Tsa, widzę, że nie jesteście zbyt zadowoleni, co? - spytał Roman, wyraźnie dając do zrozumienia swoim tonem, że niespecjalnie się tym przejmuje. - No cóż, nikt nie mówił, że będzie fajnie. Rozumiem, że hollywodzka lala, The Rock jest wam przyjemniejszy niż ja. Zawsze miałem z wami pod górę, ale może to się zmieni, gdy skopię The Rockowi dupę na Battleground.
   - Hej, hej, hej! Ja jeszcze nie przyjąłem tego wyzwania! - The Rock wyskoczył zza backstage'u z mikrofonem w ręce. - Co to za brak szacunku, wobec wielkiej gwiazdy? Dajecie mi ćpuna powracającego z zawieszenia? Za kogo Triple H w ogóle się uważa? Nie zamierzam walczyć z tym ucieleśnieniem klęski życiowej na niedzielnej gali, zrozumiałeś?
   - Wiesz, Rock, mam wrażenie, że to ty musisz coś zrozumieć. Nie ty tu ustalasz zasady, tylko Vince. - Roman przysunął się do The Rocka, teraz niemal stykali się nosami. - Widzimy się w niedziele.
   Roman zszedł z rampy na back, a w telewizji puszczono reklamy.
   Eve siedziała jak zmumifikowana, nie będąc w stanie się ruszyć. Tak dawno go nie widziała. Cały ten miesiąc wmawiała sobie, że nic ją z nim nie łączy. Że Roman jest jej obojętny. Ale gdy w końcu zobaczyła go znów na żywo, cała ta iluzja prysła. Nie mogła się dłużej oszukiwać. Lód, który otoczył jej serce stopił się niemal natychmiast na widok Samoańczyka. Chciała płakać, śmiać się, wariować. Nienawidziła się za to. To nie był mężczyzna, w którym powinna się zakochać. Był ćpunem, poza tym praca i związek, przesiadywanie ze sobą dwadzieścia cztery na siedem nie było dobre dla żadnego związku. Poza tym, Eve nie znała nawet uczuć, jakie Roman żywił do niej. Mogła być dla niego ostatecznie tylko przyjaciółką Cało zauroczenie, spojrzenia Romana w jej stronę, jego starania mogły być tylko iluzją zakochanej dziewczynki. Mogły być źle odebranym sygnałem.
   Eve udało wyrwać się z pazurów bolesnych myśli, akurat w momencie, w którym Charlotte wraz z Daną przechodziły tuż przed nią. 
   - Dana, ty idiotko! Ile razy mam ci powtarzać, kawa ma być BEZ cukru! - wrzeszczała Charlotte w stronę Dany, która wyglądała jakby miała się zaraz popłakać. Pierwszy raz Eveline nie dostrzegała w twarzy Dany tego suczego pierwiastka.Widziała nieporadną, bezradną dziewczynkę.
   - Przepraszam, Charlotte. Nie wiem, jak mogłam o tym zapomnieć! To się już nie powtórz..- Dana nie dokończyła, gdyż próbowała nieudolnie odskoczyć od chluśnięcia kawą w twarz. Niestety, okazała się nie być wystarczająco szybka.
   - Do tego jest letnia! - wrzasnęła w stronę Dany mistrzyni. Mniejsza blondynka próbowała obetrzeć oczy z fusów po kawie. 
    Eveline po prostu nie była w stanie na to patrzeć. Nie lubiła Dany, ale jej naturalny syndrom Matki Teresy nie dał jej zostawić tak dziewczyny. Eve Wiedziała, że Charlotte jest suką, ale takie zachowanie nie uchodziło nikomu, szczególnie mistrzyni, która przecież powinna dawać przykład. Eveline wstała, oddychając ciężko. Spodziewała się, że ta konfrontacja nie będzie łatwa.
   The New Day na Raw. Dobry wybór.
   - Ej, Charlotte, może miej choć trochę przyzwoitości? Albo samodzielności i następnym razem rób sobie kawę sama, a nie się potem na wszystkich wyżywasz - Eve stanęła w obronie Dany, gdzieś tam podświadomie wiedząc, że będzie tego za chwilę żałować.
   - Ty, Księżniczka Słodkości, może się nie wtrącaj w nieswoje sprawy? - odwarknęła Charlotte, ciągnąc Danę za rękę, by jak najszybciej oddalić się od Eve. Blondynka nie zamierzała jednak dać jej uciec,
   Brie Bella na SD, możnaby się tego spodziewać. Bryan nie zostawiłby żony samej.
   - Jak ty w ogóle możesz być reprezentacyjną osobą dywizji kobiecej tutaj, zachowując się tak? Obrzydzasz mnie - rozkręciła się na dobre Eveline, a twarz Charlotte zaczęła czerwienieć.
   - Ja jestem czystą klasą samą w sobie. Jestem reprezentacyjna, bo jestem NAJLEPSZA. Zazdrościsz? Nie zdziwiłabym się, ty w końcu niczego sobą nie reprezentujesz. Tak jak ta tu.- Charlotte wskazała palcem na dalej wycierającą się z kawy Danę. - Beze mnie byłaby niczym.
   Roman Reigns na Raw. Serce Eve stanęło na chwilę. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z przewidywaniami, już się nie zobaczą. Była pewna, że jej dusza krwawi gdzieś tam w środku, jednak musiała trzymać fason w tej potyczce słownej.
   - Dana, dasz się tak traktować? Przecież ona niszczy twoją dumę! - westchnęła ciężko Eveline.
   Przez chwilę była pewna, że złapała z Daną jakieś przedziwne połączenie wzrokowe, które złączyło na chwile również ich umysły. Miała wrażenie, że Dana chce jej dać jakiś niemy przekaz.
   - Daj nam spokój, Eveline i nie wtykaj nosa w nieswoje sprawy - odparła po chwili Brooke, po czym obie z Charlotte odeszły do garderoby mistrzyni.
   CM Punk na SmackDown.
   Eveline stała przez chwilę, nie do końca wiedząc, co zrobić. Przez chwilę naprawdę czuła, że Dana chce jej pomocy, ale jednak... moc Charlotte okazała się od niej silniejsza. To, jak zachowywała się Charlotte było nie do przejścia i Eveline poprzysięgła sobie, że pomoże Tarze się z nią uporać, nawet, jeśli trafi do innej tygodniówki.
   Chris Jericho na Raw.
   Nagle poczuła czyjąś rękę na swoim ramieniu. Odwróciła się niemal natychmiastowo. Jej kolana zmiękły, gdy zobaczyła błękitne oczy Romana wpatrujące się w nią. Był tak blisko, że bez trudu czuła jego perfumy. 
   - Cz...cześć - charknęła, starając się nie brzmieć, jakby język ugrzązł jej w gardle. 
   - Hej. Szukałem cię po całym backstage'u- wyznał Roman, a Eveline była w stanie poprzysiąc, że jej serce właśnie zaczęło tańczyć kankana.
   Eve była wysoka, ale mimo to, Roman był o wiele wyższy, co skutkowało  tym, że teraz, nie zadzierając głowy Eve mogła jedynie wpatrywać się w jego idealnie przyciętą brodę. Roman również wydawał się spięty tą rozmową. 
   - T.. tak? E... Po co? - Tak, teraz Eveline była już pewna, że jej mózg musiał sobie wypłynąć gdzieś pomiędzy jedną walką a drugą. Ta odpowiedź była tak beznadziejna, że nie zdziwiłaby się, gdyby Roman uznał, że jednak jest idiotką, i po prostu sobie poszedł.
   - Eee... no, pogadać chciałem... - odparował szybko, drapiąc się po głowie. - Wiesz... chciałem cię przeprosić, za to co wtedy między nami zaszło, kiedy wyjeżdżałem...
   Eve westchnęła. Nie chciała wracać do tej feralnej nocy. Szczerze powiedziawszy, pragnęła po prostu o tym zapomnieć. Patrząc na to z boku, widziała, że to nie był jej chlubny dzień i miała nadzieję, że Roman nie będzie chciał o tym dyskutować. Czas jednak było publicznie uderzyć się w piersi.
   - Nie, nie, to ja cię przepraszam. Zbyt żywiołowo na to zareagowałam... nie powinnam... próbuję powiedzieć, że nie wiem tak naprawdę, co tobą kierowało i nie powinnam cię oceniać.
   Wyrzuciła to z siebie na jednym wdechu. Strasznie stresowała ją taka bliskość bruneta. 
    - Szczerze powiedziawszy, to bardziej skomplikowana sytuacja, niż podejrzewasz. - Ton Romana wskazywał wyraźne zakłopotanie. Eve pierwszy raz zaczęła podejrzewać, że może za tą sprawą z zawieszeniem kryje się druga historia?
   - Cóż, to... jak już doszliśmy do porozumienia, to ja może już pójdę, Tara na pewno już na mnie czeka... - powiedziała i próbowała wyminąć Romana i dostać się do bufetu, niekoniecznie nawet w celu znalezienia Tary, a po prostu by znaleźć kogokolwiek, kto nie jest Romanem Reignsem.
   Wtem jednak Roman zrobił to samo, co ostatnio, gdy się żegnali. Złapał ją za nadgarstek, i przyciągnął szybko do siebie. Tym razem zrobił to o wiele delikatniej, a sam ruch nie skończył się tylko zbliżeniem. Wargi Romana delikatnie musnęły usta Eveline, by po chwili, gdy chłopak poczuł, że dziewczyna nie odrzuca go, pocałować ją mocniej. Gdy ich wargi spotkały się, Eveline czuła się, jakby serce przestało już tańczyć kankana, a za to namówiło wszystkie inne narządy do wspólnego pogowania w jej wnętrzu. Usta Reignsa były takie ciepłe, a sam zapach chłopaka uwalniał motylki w jej brzuchu. Dziewczyna wspięła się na palce i objęła rękoma kark Romana, wsuwając palce w jego włosy. W tym momencie nie przeszkadzała jej nawet ich okropna, oleista warstwa zewnętrzna. Roman tymczasem złapał ją za talię, ściskając mocniej do siebie. To było  tak dziwne uczucie... jakby... trans. Żadne z nich nie przejmowało się tym, że ktoś mógłby ich zobaczyć, a niewątpliwie tak się stało, bo wcale nie stali ukryci gdzieś w jakimś zakamarku backstage'u.
   Gdy zdołali oderwać się od siebie, uśmiech na twarzy Eveline był pierwszy raz od paru dni szczery. Roześmiane oczy Romana wpatrywały się w nią, ogrzewając ją od środka.
   - Będziemy w innych brandach - westchnęła po chwili, zdając sobie z tego sprawę.
   - Nie wiesz tego na pewno. Poza tym, dla mnie możesz być i w NJPW, ja i tak zawsze znajdę do ciebie drogę - odparł chłopak, znów łącząc się w romantycznym pocałunku z blondynką. - Nawet nie wiesz, jak długo na to czekałem...
   - Oj, chyba wiem - zaśmiała się krótko Eveline.
   - Ty mamuci kutafonie, co ty sobie wyobrażasz?! 
   Usłyszeli oboje, odwracając się w stronę krzyku. Eveline wywinęła teatralnie oczyma. W takim momencie? Idealny timing, zaprawdę.
   - Tara? - zapytał ze łzami rozbawienia w oczach Roman. Te kłótnie małej zadziory chyba nigdy mu się nie znudzą.
   - Ty wredny lachociągu! 
   Tym razem to Eveline spojrzała porozumiewawczo na Romana.
  - Seth? 
   - Chyba znów musimy robić za niańki... - odparł Roman.
   Dean założył nogi na stół do kawy. Jego niebieska bluzka z logo SmackDown już dawno została zaświniona sosem z burritos, które jadł przed chwilą. Miał szybki metabolizm, sam nie pamiętał, kiedy ostatnio jadł coś zdrowego, a wciąż był chudy. Enzo siedzący okrakiem na jednej z drabin jeszcze nie uporał się ze swoim burrito, ale Dean złożył sobie przysięgę, że jeśli nie zrobi tego w najbliższe pięć minut, sam mu to zje.
  Ostatnią godzinę spędził na słuchaniu narzekań Enzo, jakież to okropne, że jego najlepszy przyjaciel, tego ogromny drągal Cass zaczął się spotykać z jego kuzynką, Carmellą. Wszystkie jego lamenty kończyły się zazwyczaj na tym, jak to możliwe, iż Cass regularnie uprawia seks, a on już od miesiąca niczego nie puknął. Enzo był zdecydowanie jedną z tych osób, które widząc kobietę, jako pierwsze widziały piersi i tyłek, a dopiero następnie człowieka. Ale trzeba było przyznać, że jego wygadanie działało na kobiety jak magnez i mimo fizyczności, przywołującej na myśl syberyjskiego uchodźcę, lgnęły do niego prawie tak mocno, jak do Setha. Teraz jednak, jak sam mówił, chyba wyszedł trochę z formy.
   Przez pierwszą część monologu Amore, Dean postanowił udawać, że słucha, raz na jakiś czas rzucając w jego stronę jakąś monosylabą. Gdy jednak Enzo zaczął mu opowiadać o swoim numerkach w windzie z Eve Torres, czy w saunie z Charlotte, Dean totalnie się wyłączył. Chyba nic na świecie nie obchodziło go mniej niż życie seksualne Enzo Amore, ale czasem trzeba przetrwać i to.
   W normalnych okolicznościach Ambrose już dawno powiedziałby Enzo, by ten po prostu się od niego odczepił (niekoniecznie tymi słowami). Po tym miesiącu zrozumiał jednak, jak ciężko jest człowiekowi, gdy ktoś oddzieli go od przyjaciela. Jego od Romana oddzieliło zawieszenie, a Enzo od Cassa- kobieta. Pozwolił więc Enzo wierzyć w to, że wciąż uczestniczy w tej rozmowie.
   - No, nieźle, Enzo - westchnął bez siły Ambrose, by Enzo mógł wciąż kontynuować swą mowę. 
   Prawdę mówiąc, był zestresowany dzisiejszym meczem. Miał bronić mistrzostwa przeciwko Sethowi. Pamiętał doskonale, że w przeszłości zdarzało mu się już przegrać z Sethem. Teraz jednak nie mógł sobie na to pozwolić. Poniekąd od tego meczu zależały losy SmackDown. Pas musiał tam zostać. 
   Rundy draftu leciały, a ani Tara, ani Eveline nie były wciąż przydzielone. Dean zdążył pożegnać się już z Becky i Romanem, którzy trafili na Raw. Niestety nie udało mu się porozmawiać z Samoańczykiem dłużej, bowiem Roman była wręcz zasypywany przez ludzi. Już chwilę po jego powrocie na back, w obroty wzięli go Usosi. Roman próbował mówić im, że szuka Eveline, ale żaden z nich go nie słuchał. Dean był pewny, że Romanowi przed końcem show zapewne nie uda się znaleźć dziewczyny.
   Swoją drogą, Dean doskonale wiedział, do czego Roman zmierzał z Eveline. Ostatni raz widział taki błysk w jego oku na widok dziewczyny, gdy jeszcze Romek spotykał się z Leah. I Dean nie spodziewał się, że zobaczy to jeszcze raz.
   - A to prawda, że puknąłeś naszą Tarcię, hm? - spytał Enzo, poprawiając swoje włosy, i tak wyglądające jak martwy leniwiec. - Ja puknąłem.
   Ambrose wypluł kawę, kolejny raz zaświniając swoją brandową koszulkę. Dean spojrzał na Enzo, powoli mierząc go wzrokiem. Słaba aparycja, klata owłosiona jak u niedźwiedzia, obrzydliwy ciemny odrost i spodnie w panterkę. Nie ma siły na niebie i ziemi, żeby... chociaż, Tara ostatecznie do najnormalniejszych nie należała. Poza tym, Dean nie raz przebierał się z Enzo w szatni i wiedział, że Enzo miał silne argumenty, by przyciągnąć do siebie tak niewyżytą wariatkę jak Tara.
   - Co proszę? - spytał, czując, jak kawa wpłynęłam mu przez przełyk do nosa. 
   - Oj, no weź się tak, stary, nie spinaj. Po pijaku, nawet nie wiedziałem wtedy, jak się nazywa. To się prawie nie liczy - rzucił jak gdyby nigdy nic Amore, po czym pochylił się w ku Deanowi. 
   - A po co mi ta wiedza? Sypiaj sobie z kim chcesz - rzucił z miejsca Dean, wracając do obojętnego podejścia. Nie zamierzał dać po sobie poznać, że ruszyła go ta informacja. Z resztą, nie ruszyła go. Tara mogła rozkładać nogi przed kim chciała. To nie był jego interes.
  - No podobno ty ją teraz obracasz - odpowiedział Amore. Tym bardziej Dean angażował się w tę rozmowę, tym bardziej rozumiał, dlaczego Big Cass uciekł od Amore do Carmelli. 
   Enzo czasem był jeszcze gorszym bucem niż sam Ambrose. Nic dziwnego, że ostatnimi czasy Tara się z nim trzymała. Trafił swój na swego.Oboje byli równie finezyjni. I delikatni niczym papier ścierny. Dean musiał przyznać, że trochę zaczęło go denerwować to całe oburzenie, wobec jego domniemanego romansu, ale z autopsji wiedział, że jeśli to zignoruje, to wszystkim przejdzie. Na Boga, jak w ogóle można było podejrzewać, że miał z nią romans? To przecież jeszcze dziecko. Nie ma nawet dwudziestu lat, a Dean powoli dobiegał trzydziestki. Dwadzieścia siedem lat to nie przelewki. Poza tym, ona nigdy nie poznała w swoim życiu bólu ani trudów. To była jedna z tych dziewczyn, które wszystko dostają na tacy. A Dean nie chciał kogoś takiego. Nie chciał, ale jednak czasem przyłapywał się na wodzeniu wzrokiem za brunetką, gdy ta była niedaleko. Starał się jednak to bagatelizować tak mocno, jak mógł.
   - Nie dymam jej, ok? - Enzo nie wyglądał na przekonanego.- Przez przypadek zobaczy się dziewczynę w bieliźnie, i od razu, że ją dymasz. Zluzujcie majtasy trochę.
    Enzo przez chwilę wydawał się myśleć, jednak Ambrose szybko zdał sobie sprawę, że Enzo i myślenie, to niedobrana para. 
   - To żałuj - odparł po chwili ciszy Amore. - Cycki ma prawdziwe. 
   - Debil - westchnął Dean, opadając na oparcie kanapy. 
   Szczerze dość miał już słuchania o McTudy. Nagle, w ciągu tych kilku dni stała się niemal epicentrum jego świata. Gdzie się nie obrócił, ludzie chcieli z nim rozmawiać o  n i e j. Ambrose początkowo był pewien, że nikt nie uwierzy w te głupoty wygadywane przez Rollinsa, jednak bardzo się mylił.
    A mówiąc o Sethie, właśnie pewnym krokiem zbliżał się ku Deana i Enzo. Ambrose'owi od rozpadu The Shield chciało się ciągle śmiać, patrząc na Setha w jego ringowym kostiumie. Wyglądał jak wyciągnięty spod prysznica power-ranger z tym swoim lateksowym kostiumie i mokrych włosach. 
    - Ambrose, mam ci coś do powiedzenia - powiedział, uśmiechając się wrednie. Dean patrząc na ten uśmiech, miał ochotę rozkwasić mu facjatę.
   - A co, jeśli nie mam ochoty cię słuchać? - zapytał podstępnie Ambrose, wiedząc, że Seth próbuje go po prostu wyprowadzić z przed walką z równowagi.
   - Myślę, że to akurat chciałbyś wiedzieć - odparł mu Seth.
   Jego ton był tak tajemniczy, że Dean zaczął podejrzewać, że może i Seth wie coś więcej, niż on. Co prawda mogłaby to być po prostu kolejna głupia plotka, ale co jeśli nie...? Parę razy już przejechał się na ufaniu Sethowi. 
   - To mów. - Dean postanowił zaryzykować.
   - Nie przy nim. - Seth wskazał palcem na Enzo.
    Amore spojrzał ze zdezorientowaniem na obu chłopaków, po czym szybko zeskoczył z drabiny i wycofał się w stronę garderób. Dean i Seth zostali sami, mierząc się zimnymi jak lód spojrzeniami. Gdyby wzrok był w stanie zabijać, obaj padliby trupem. Z resztą, to będzie cud, jeśli po tej rozmowie jeden z nich nie padnie trupem.
   - No to mów, gnido - warknął Dean. 
   Seth obszedł go powoli dookoła, mierząc go wzrokiem, niczym drapieżnik swoją ofiarę. Z nich dwóch, to jednak Dean był tym niebezpieczniejszym drapieżnikiem.
   - Pewnie wiesz, że Roman wrócił? - zapytał Seth, a Dean prychnął w odpowiedzi.
   - Nie pierdol, Sherlocku - zironizował. W myślach już wyobrażał sobie, jak wyrywa ze stawu ostatnio kontuzjowane kolano Setha już dziś na ringu.
   - A powiedz mi, Dean... nie nurtowało cię nigdy, dlaczego go zawiesili? Obaj dobrze znamy przecież Romka, dragi nie są w jego stylu, więc powiedz mi, nie zastanawiało cię to? - Seth szybko wyłapał zaciekawione spojrzenie Ambrose'a. - A co jeśli ci powiem, że jesteś skończonym idiotą, a to całe zawieszenie, było grubymi nićmi szyte? Dokładnie tak. Romana zawiesili PRZEZ CIEBIE. - brunet uśmiechnął się na widok zszokowanej i niedowierzającej miny Ambrose'a. - Tak, tak, moja ty droga amebo umysłowa. Roman zamienił wasze próbki spermy, żeby wynik pozytywny na substancje zabronione wyszedł u niego i żeby tobie nie zabrali pasa. Nie przewidział oczywiście tego, że ja ci go prędzej czy później zbiorę, ale..
   - Myślisz, że ci uwierzę? - zaśmiał się głośno Ambrose, jednak jego głos łamał się. To wszystko składało się z logiczną całość, ku jego przerażeniu.
   - Proszę cię, Ambrose, byłbyś dużo głupszy, niż myślę, że jesteś, gdybyś nie potrafił zgrać ze sobą tych wszystkich faktów. Brałeś przed Money in The Bank. Ty, nie Roman, a u ciebie wynik testu był negatywny. A używki zostają w organizmie nawet do miesiąca. Nie wydaje ci się to podejrzane?
   - Skąd ty to...
   - Nie pytaj mnie skąd wiem, nie wydaje swoich wtyczek Ambrose - odpowiedział mu szybko Seth, po czym wstał i oddalił się korytarzem.
   Dean siedział jeszcze parę minut bez ruchu, wpatrując się w znikającą w cieniu sylwetkę Rollinsa.
   Roman poświęcił dla niego swoją pozycję. Nie było wątpliwości, że Vince był na niego wściekły za to zawieszenie i jego pozycja gwałtownie spadnie. Tymczasem, Roman zrobił to dla niego. Chciał uratować Deana. Nikt nigdy nie zrobił nic tak dobrego i zarówno głupiego dla Deana. Ambrose'owi chciało się płakać. Pierwszy raz od feralnego dnia. Pierwszy raz od piątego marca te dziesięć lat temu... Kochał Romana jak brata i nie oczekiwał, a wręcz nie chciał od niego takiego poświęcenia. Wyrzuty sumienia paliły go od środka. Roman spadł w drabince, stracił w oczach oficjeli przez niego.  To prawdziwie okropne.
   Zabrzmiał dzwonek i ktoś z daleka zawołał go na rampę. Musi bronić swojego mistrzostwa.
   - Punk, mówię ci, robię co mogę, wszystko już ładnie obmyśliłem - przekonywał go wciąż Miz. 
   Mark Henry i Big Show stali jednak na drugim końcu bufetu, i Punk po prostu nie był w stanie oderwać od nich wzroku. Byli ogromni. Show był ponad dwa razy od niego większy. CM Punk chcąc, nie chcąc, wciąż wyobrażał sobie podświadomie, jak ta wielka masa na niego skacze i miażdży mu wnętrzności. Będzie wyglądał jak naleśnik... matko boska... A jeśli połamie mu nogę, tak jak zrobił to kiedyś Henry'emu? 
   Dla CM Punka nie było wątpliwości, że był najlepszy na świecie, tyle, że... hmm... Nie było wątpliwości, że był o setki razy lepszym wrestlerem niż Show czy Henry, był geniuszem na micu i geniuszem w ringu. Każdy jego feud był arcydziełem, dzięki niemu oczywiście, jego walki z Johnem Ceną przeszły do historii. Ale Mark Henry i Big Show mieli coś, czego on nie miał. A mianowicie, zaawansowaną otyłość. Punk nawet choćby nie wiem jak się starał, nigdy nie będzie w stanie wykonać na żadnym z nich GTS.
   Jeszcze cztery lata temu, gdy współpracował z The Shield, nie byłoby nic prostszym dla niego, niż po prostu zachachmęcić przebieg meczu. Odkąd jednak ten stary piernik- Vince nakazał mu zrobić heel turn i znów zostać jednym z tych złych Punk uparcie trzymał się swojego face'owego gimmicku, by ostatecznie pokazać mu, jak bardzo ma w dupie zdanie wszystkich oficjeli. Swoją drogą, jego kontakty z zarządem były tak napięte, że Philip wiedział, że jego współpraca z tą federacją chyli się ku końcowi. Teraz bujał się po środkowej karcie walk bez pasów, McMahonowie nie mieli żadnego powodu go trzymać. Musiał więc szybko znów stać się główną atrakcją, inaczej może pożegnać się z WWE.
   W SmackDown, do którego został przydzielony, szybko zobaczył dla siebie możliwości, na stanie się twarzą brandu. Nie miał tam praktycznie żadnej konkurencji. Dean Ambrose? Dolph Ziggler? Randy Orton? Sami Zayn? Baron Corbin? Nie byli dla niego żadną konkurencją. Każdego z nich zniszczyłby w przedbiegach. Rob Van Dam? Był już stary, nie mógł się z nim równać. I był jeszcze The Miz... cóż, CM Punk nie miał nic przeciwko podzieleniu się z nim kawałkiem billboardu. Nawet jeżeli CM Miz wzniesie ich na wyżyny sławy na SmacDown to i tak każdy będzie wiedział, że w tym duo to on jest najważniejszy.
    - Brawo, Miz, ty to masz łeb. I bez tego byśmy sobie poradzili, ale  po co się przemęczać? - Punk robił dobrą minę do złej gry, przy okazji łechtając stanowczo zbyt wielkie ego Miza. - A kogo tam znów w to wciągnąłeś?
   Dobrze znał gości takich jak Miz, byli niemal identyczni. Może oprócz tego, że Punk nie chwilił się AJ wszędzie wokół, i nie miał tak hollywoodzkich zapędów jak Miz. Mimo to wiedział, że Miz jest takim rodzajem jaszczurki, która gdy dostrzeże twój słaby punkt, to po prostu cię ukąsi. I dlatego Philip nie zamierzał się przed Mizem uzewnętrzniać. Punk nie uzewnętrzniał się wobec nikogo innego, niż AJ. I dlatego, że AJ trafiła, tak jak on, do SmackDown czuł się uradowany. I wcale nie szantażował McMahona, że jeśli AJ trafi do innego brandu, to znów zabierze komuś pas i odejdzie z federacji. Skądże.
   - Rollinsa - odparł szybko Mizanin.
   Ręka Punka opadła ciężko na stolik.
   - No tak! Przecież Rollinsowi wyjątkowo można zaufać! - Punk zdawał sobie, że zareagował zbyt żywiołowo, co nie umknęło Mizowi.
   - Daj spokój. Rollins był, jest i będzie marionetką. Nawet nie wiesz, jak łatwo go przekupić - odparł niebywale pewnym siebie, aczkolwiek tak typowym dla niego głosem Mike. 
   - Akurat. Chyba zapomniałeś, że z nim mieszka...
   - Co robi twoja żona? - powiedział tak wolnym i zszokowanym tonem, że przez chwilę Punk myślał, że Mizowi ktoś włączył tryb slow-motion. Palec Mizanina ślimaczym ruchem wskazał na ekran znajdujący się nad barem z sałatkami. 
   AJ Lee stała na środku ringu w już przerobionej nożyczkami, króciutkiej bluzeczce z logo SmackDown, krótkich szortach i czerwonych trampeczkach, które Punk kupił jej rok temu na Gwiazdkę. Oderwała z nich białe świąteczne futerko, co trochę uraziło delikatną dumę Brooksa. Nie jednak okrutne obdarcie trampek z futra było najgorsze w tej sytuacji. Najgorsze były słowa, wypływające potokiem z jej pełnych ust.
   Otóż, AJ miała czelność stać tam, na środku ringu i wygłaszać niestworzone historie o tym, jak to już dziś jej mąż byłby gotowy zmierzyć się z jego niedzielnymi przeciwnikami. Okrutnie wywoływała wilka z lasu. 
   Punk nie mógł na to pozwolić. Wstał z krzesła tak szybko, że aż je przewrócił. Nie słuchając sprzeciwów Miza pognał przez cały backstage ku wyjściu na rampę. Był wściekły. Wszystko aż się w nim gotowało. Co ta idiotka sobie myśli? Chce go zabić, czy jak? Gdyby był psem, ślina ciekłaby mu z ust. Zanim wbiegł na scenę, porwał jeszcze megafon jednemu z  pracowników technicznych.
   - AJ! - wrzasnął, wyskakując na arenę. - Co ty, do cholery, wyprawiasz?!
   Brunetka wydawała się szczerze zdziwiona tym nagłym pojawieniem się męża. 
   - Ależ, kochanie, wspieram cię. Czy to nie cudowne? - zapytała, uśmiechając się słodko, jak to miała w zwyczaju.
   - NIE! - odwrzasnął krótko Punk. Megafon okrutnie modyfikował jego głos. 
   - Ale... Maryse mówiła, że kobieta musi wspierać swojego mężczyznę. Że... że faceta trzeba popchnąć do wielkich rzeczy! - odparła płaczliwym tonem. 
   Punk uderzył się otwartą dłonią w czoło. Maryse... i wszystko jasne. AJ słuchała tej głupiej Maryse! No, tak.. kto z kim przestaje, takim się stanie. Tyle, że AJ i Maryse były zupełnie innymi typami kobiet. AJ nie nadawała się na seksowną muzę, taką, jaką była Maryse dla Miza. AJ była po prostu... AJ. Wesołą wariatką nadającą smaczek jego nudnemu życiu, a nie dominującą famme-fatale. Nie powinna nigdy wtrącać się w jego życie zawodowe, tak jak on nigdy nie robił tego jej. Będzie musiał poważnie porozmawiać z Mizem o jego żonie.
   - Ale ty nie jesteś Maryse i nigdy nie będziesz, jesteś zupełnie inna, nie rozumiesz tego?! 
   W oczach AJ zalśniły łzy.
   - A ty wolałbyś, żebym nią była? - spytała smutno. Punk odpowiedział automatycznie.
   - Czasem tak. Przynajmniej nie pakowałabyś mnie ciągle w kłopoty.
   AJ wybuchła. Od płaczu aż zaczęła się trząść. Łzy zaczęły spływać po jej pięknej twarzyczce. Rzuciła mocno mikrofonem o matę, po czym rzuciła się biegiem w kierunku backstage'u, mijając Punka i zostawiając go samego na rampie. 
   Punk wiedział, że znów ją zranił. Znów zepsuł wszystko, gdy już myślał, że udało mu się naprawić ich małżeństwo. Znów przez niego płakała. Czuł się jak potwór.
   Niemo-kurwa-żliwe. Tara wgapiała się z ring zza backstage'u. To, co zobaczyła, sprawiło nawet, że zupełnie przestała się przejmować tym, że wciąż ani ona, ani Eveline nie zostały zdraftowane. Jakie to miało teraz znaczenie?
   Dean Ambrose stracił pas. Tak, proszę państwa, Dean Ambrose stracił pas na rzecz Setha Rollinsa. Jak to możliwe?
   Tara już na samym początku widziała, że Deanowi totalnie brakuje koncentracji w tej walce. Nie potrafił zrobić bez błędu najprostszego ruchu. Jego wzrok był rozbiegany, jakby nie do końca wiedział, co się dzieje. Seth oczywiście szybko przejął kontrolę nad sytuacją i już po piętnastu minutach wielkie starcie dobiegło końca. Dlatego też, by przedłużyć wielki draft, stary McMahon postanowił wyjść na ring i wykręcić jakieś dłuższe przemówienie na temat wielkiej rywalizacji między brandowej. 
   A Tara wciąż stała przy wyjściu z rybią miną przypatrując się Sethowi idącemu niczym wielkie panisko na back, z pasem na ramieniu. Niemożliwe.
   - O, kurwa... - szepnęła, jednak nie umknęło to przechodzącemu akurat obok.
   Chłopak odwrócił się do niej z cwanym uśmieszkiem na twarzy.
   - Co, mina ci zrzedła? Twój chłopaczek stracił pas, a ty nadal nie jesteś w żadnym brandzie? O... jak mi przykro - zironizował, a Tara zaczęła myśleć o wydłubaniu mu oczu łyżeczką do lodów.
   - Zamknij się, Rollins. Gówno mnie obchodzi to wasze mistrzostwo - odparowała szybko Tara, patrząc się na Setha wyzwańczym spojrzeniem. 
   Ambrose przemknął obok nich jak cień, nawet nie spoglądając w stronę swojego dawnego tytułu. Tara z przerażeniem zauważyła, że cuchnie od niego wódką.
   - Nie nasze, tylko MOJE. Ponieważ ja tu jestem MĘŻCZYZNĄ. A ty nikim. Przyznaj się, że również chciałabyś poczuć, jak to jest mieć pas na ramieniu. Samej może udałoby ci się coś osiągnąć, ale ta twoja kula u nogi, jak jej tam... Eveline... To nieudaczniczka, zupełnie, jak Ambrose.
    - Ty mamuci kutafonie, co ty sobie wyobrażasz?! - wybuchła Tara. W sumie sama nie wiedziała, czy zrobiła to na wzmiankę o Eveline, czy o... Ambrosie. Nie wiedziała, czemu to zrobiła, ale po prostu rzuciła się na niego z pazurami. Seth wszelkimi siłami próbował zapanować nad jej pazurami.
   - Ty wredny lachociągu! - wrzasnął, zraniony przez Tarę w policzek, wciąż próbując ją od siebie odciągnąć.
   Wtem Tara poczuła, jak czyjeś silne ramion łapią ją za talię i odciągają gwałtownie od Rollinsa. Po chwili pomiędzy nią a Rollinsa wbiegła Eveline, rozdzielając ich ostatecznie. Gdy tajemniczy osobnik opuścił ją już na ziemię, Tara wciąż się szamotała, po chwili jednak uspokoiła się, pod wpływem załamanego spojrzenia Eveline.
   - Pójdę poszukać Deana - usłyszała za sobą głos Romana. Jego obecność nie dziwiła już jej. Zdążyła się nawet z nim przywitać.
   - Ok, idź - rzuciła w jego stronę Eveline. - Tara, co ty znów odwalasz, idiotko jedna?! - wrzasnęła na nią, jednak Tara przyłożyła jej szybko palec wskazujący do ust, by ją uciszyć. 
   - Cicho! - szepnęła, wpatrując się w ekran, ukazujący teraz stanowisko Shane'a i Daniela.
  - ... Roster jest wciąż za mało... katastrofalny! Trzeba to zmienić! Dlatego naszym wyborem, jest nowy nabytek, The Apocalypse! - wrzasnął, a na ogromnym ekranie nad głowami wszystkich ukazało się zdjęcie Tary na niebieskim tle. Tara padła tyłkiem na jeden z głośników ze zdziwienia. Spojrzenie Eveline było równie niespodziewane.
   Apocarose... to musi być to...
   - W takim razie, żeby nie było tak kolorowo, my zabieramy do siebie kolejny nowy nabytek - odparł Mick. - Zoey Crush, witamy w czerwonych!
   Tym razem to Eveline opadła na głośnik tuż przy Tarze. To jest niemo-kurwa-żliwe.
   - To koniec- szepnęła Eve, wpatrując się zeszklonymi oczyma w Tarę.

--*--
Witam, witam i o zdrowie pytam! 
Wiem, wiem, znów zawaliłam i mnie długo nie było, wybaczcie mi, plis, w końcu jeszcze są święta, ale powiem wam, że ten rozdział w ogóle nie chciał się pisać. Siedziałam nad tym bloggerem i nie mogłam NIC z siebie wydusić. Strasznie ciężko mi się go pisało, ale jest! Teraz następny rozdział, o ile mnie plan nie myli, to już Battleground. Tu już Royal Rumble a u mnie BG, nieźle nie? 
A teraz przyznać się, kto się spodziewał takiego obrotu Draftu? I kto się spodziewał, co Miz powiedział Rollinsowi?
Wg, ostatnio ktoś mnie poprosił o Litę i Hardych- spokojnie, będą, gdy tylko wątek Eveline się rozwinie, Hardyz się pojawią, chociaż Lita pojawi się później, około Roadblock. Swoją drogą to Roadblock 2016 to straszna chała. U mnie będzie lepsze :P
Jak macie jeszcze jakieś szczególne życzenia co do fabuły- mówcie, przemyślę, postaram się to zgrać z fabułą. 
Tu wam daję kompletną listę draftową, żeby wam się potem nie pomyliło.
FACECI:
SmackDown: Christian, Dean Ambrose, Dolph Ziggler, CM Punk, Jack Swagger, Kane, Neville, Randy Orton, Sami Zayn, Sin Cara, The Miz, Wade Barrett, Adam Rose, Damien Sandow, Baron Corbin, Rob Van Dam, Cody Rhodes, Alberto Del Rio, Zack Ryder
RAW: Chris Jericho, Curtis Axel, Darren Young, Finn Balor, Kalisto, Kevin Owens, Mark Henry, Roman Reigns, Rusev, Seth Rollins, Sheamus, The Rock, Titus O'Neil, Triple H, John Cena, Batista, Ryback, Austin Aries, Santino Marella, Kurt Hawkins
KOBIETY:
SmackDown: Paige, Tamina, Brie Bella, Nikki Bella, Cameron, Naomi, Natalya, Alexa Bliss, Carmella, AJ Lee, Kaitlyn, Bayley, The Apocalypse
RAW: Emma, Eva Marie, Summer Rae, Alicia Fox, Dana Brooke, Charlotte, Sasha Banks, Nia Jax, Layla, Becky Lynch, Kelly Kelly, Eve Torres
TEAMY:
SmackDown: The Wyatt Family, Golden Truth, Breezango, Hardy Boyz, American Alpha, Slater&Rhyno, The Hart Dynasty
RAW: Enzo&Cass, Dudley Boyz, The Shinning Stars, The Club, The New Day, The Vaudevillains, The Usos, Ascention
Zawodnicy z tag teamów mogą występować osobno! W każdym brandzie jest mniej więcej tyle samo osób, a oba tygodniówki trwają tyle samo!!!
Spóźnionych wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!
PS: Kolejna walka zaaktualizowana w BG. Możecie stawiać :) I zapraszam tu Księga Parodii Sleepki
   
    


18 komentarzy:

  1. Tak strasznie długo czekałam na ten rozdział i nawet nie wiesz jaki włączył się we mnie fangirling xd
    Łezka mi się w oku kręci kiedy czytam o "szczeniecych" latach Jonathana, bo strasznie kocham tego starego cepa.
    Enzo bedzie zawsze Enzo i zawsze bedzie mnie powalać swoimi tekstami.
    Aj jak zawsze musi wszystko psuć ale i tak ją kocham.
    Cieszę się też, że moj Romek wrócił i czekam aż skopie dupala Rollinsowi (wiesz, że ich kocham ale moja wewnętrzna agresja na to czeka).
    Wiesz czekam aż Rollins i Ambrose zaruchają i nie będę zaskoczona jak siebie nawzajem xd
    Buziaczki Dominika xo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No siebie nawzajem na pewno nie zaruchają, nie jestem tak okrutna :)

      Usuń
  2. Mam prośbę (pomysł) odnośnie zachowanoe Punka w stosunku do AJ. April mogłaby połączyć siły na dłużej z Hardy'mi i Litą, a także stworzyć miłosny storyline AJ i Jeff,jako zemsta na męży

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, ja Jeffa i Matta mam w planach już pp HiaC a Lita dojdzie do nich około Roadblock, jednak April w to nie będę mieszać, niech ma swój własny program z Punkiem i Bryanem :)

      Usuń
  3. O masakra. Co Ty zrobiłaś?! Rozwaliłaś na łopatki całe WWE!! Teraz już prawie nic się nie zgadza z realiami. Nwm czy to dobrze czy źle XD
    Seth z pasem?? Tego się nie spodziewałam, co w sumie było błędem z mojej strony. Obie wiemy, że jest lepszy w walce od Deana.
    (Tak jak mówiłaś, po TLC nienawidzę Elswortha)
    Ale przez pomylony Draft Eve jest razem z Romanem na Raw. Wgl Zoman (od Zoe i Roman) to hit! To było taaaaaakie słodkie!!! Normalnie aż żygam tęczą!
    Po tym co się stało w tym wpisie mam po prostu laga mózgu. Kiedy się naprawi, nie wiem, ale oby jak najszybciej bo muszę ogarniać kolejne wpisy.
    Trzymaj się ciepło i słodko XD
    Pozdro Pandeczka ;P

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej to znowu ja. Długo mnie nie było ale teraz wracam by skomentować.

    Seth z pasem, kobieto, świat stanął na głowie. Co jak co, ale tego mogłaś nie zmieniać.

    Roman powrócił i zaskoczył mnie jego pocałunek z Eveline. To było takie słodkie. A tak wgl to w kobietach raw nie wpisałaś Zoey Crush. W tym spisie.

    I jak Eveline broniła Dany to ....
    A AJ jak zwykle coś zepsuje.
    Ehhh, niech się z Punkiem pogodzą. A Apocarose? Rozwiń ten wątek.

    No to tego się nie spodziewałam po Drafcie. Eveline do SmackDown, a Tara do Raw miało być, choć teraz będą mogli rozkręcić związki Deana i Tary oraz Romana i Eveline.

    Pozdrawiam gorąco i życzę dużo weny.
    Karolina
    P.S.
    Elsword sucks!!!
    Banks miała wygrać na Roadblock.

    Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, z Sethem to taktyczne zagranie, nie bój się. Spoczko, spoczko, Apocaroe będzie miała rozwiniętą historię tuż po drafcie na SDL.
      Ja akurat byłam za Charlotte, bo jest świetnym heelem :)

      Usuń
  5. Ale daj Aj i Team Xtreme w jeden autobus. Ciekawy pomysł ma ten anonimowy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Kiedy następny next ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Następny i next to to samo cepie....
      No comment

      Usuń
  7. Jak miło że mówisz o sobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ni to a ni tamto. Kiedy NASTĘPNY NEXT?

      Usuń
    2. Postaram się w ten długi weekend go dodać :)

      Usuń

Witaj wierny fanie WWE. Jeśli udało Ci się przebrnąć przez moje wypociny, tu możesz wyładować na mnie swoją frustrację za niszczenie tej pięknej dziedziny sztuki jaką jest literatura :)

Template by Elmo